Dygresje
greckie
Maciej Pinkwart
Łącznik
Na sąsiednich leżakach wypoczywa standardowa rodzina: pan i pani, oboje po
30-tce, chłopiec ze 12, dziewczynka 9-10 lat. Jest dziesiąta rano. Oboje rodzice
zamawiają po dużym piwie. Tato z synkiem prawie cały czas siedzą w morzu. Pani z
córką wciąż rozmawiają. Niczego nie rozumiem. Język całkowicie obcy, nie
wychwytuję ani jednego słowa, które bym skojarzył z jakimkolwiek choćby trochę
znanym. Wymowa twarda, mnóstwo głosek „r”, wydaje mi się że nawet podwójnych.
Wreszcie wpadło mi w ucho coś jakby Harry Potteri. Nasłuchuję dalej, z
przymkniętymi oczami, żeby lepiej słyszeć.
Mógłbym, oczywiście, po prostu zapytać
where are you from?, pyta o to niemal każdy grecki sklepikarz. Angielski
znają i mówią nim dobrze, słyszałem jak zamawiali piwo, nawet pomyślałem, że to
Anglicy, sporo ich na Eginie. A potem usłyszałem to warczenie
erem.
No
ale trochę mi nie wypada pytać, skąd są, nie mam żadnego pretekstu poza pustą
ciekawością byłego filologa. I nie jestem greckim sprzedawcą. Więc nasłuchuję.
Leci jakby monolog mamusi, przerywany czymś na ucho innym, komentarzowym.
Otwieram oczy.
Mama czyta córce z grubej księgi, oprawnej na zielono. Na oko bez okularów –
Koran. Ale z daleka widzę, że przewraca kartki z prawej na lewą, a alfabet jest
z pewnością łaciński. Może Biblia? Ale raczej na Biblię mi to nie wygląda. Pani
czyta z ciekawą modulacją głosu, gestykuluje, po kilkunastu zdaniach przymyka
książkę i objaśnia coś córce, ta niekiedy się o coś dopytuje. A ja nic, ni
czorta... Wreszcie słyszę coś znajomego. Jakby „Watson”. ... Pani przymyka
książkę i nareszcie dostrzegam nazwisko autora i tytuł na grzbiecie. A.
Conan-Doyle... I koniec tytułu: Sherlock Holmes. Przed tym powinno
być jeszcze jedno słowo. W polskim wydaniu jest to słowo Przygody. Ale tu
pani trzyma dłoń, więc nie wiem, jak to słowo brzmi w jej języku. Przeto nie
wiem dalej, jaki to język...
Potem pomyślałem, że mogłem nagrać to, co czytała i wrzucić do translatora. Ale
na plażę nie zabieram komórki. Zresztą nie była już ważna odpowiedź na pytanie
where are you from, bo po prostu okazało się, że wszyscy jesteśmy z Baker
Street 221 B.
W całym w miarę cywilizowanym świecie są powszechnie znane toposy,
archetypy kulturowe, historyczne czy naukowe, wspólne i w miarę jednoznacznie
rozumiane: mamut – a2+b2=c2 – Wenus – Szekspir
– Einstein – Jurassic Park – Titanic – Hobbit – Freddie Mercury... Zeus – Ozyrys
– Chrystus – Mahomet – Budda – Dart Vader. Wojna – pokój – miłość – nienawiść –
ciekawość. Demokracja – tyrania – faszyzm – utopia ... Cały świat literatury
powszechnej – fizyka kwantowa – ciemna materia kosmosu – AI...
Przesadziłem? No, może trochę. Że różni ludzie rozumieją to różnie, albo nie
rozumieją wcale? No to co z tego? Tym bardziej jest o czym rozmawiać.
Tylko ta cholerna wieża Babel – żeby rozmawiać trzeba się porozumieć, żeby się
porozumieć trzeba mieć wspólny język, nawet żeby się pokłócić też trzeba mieć
wspólny język… Czy wszyscy się musimy nauczyć angielskiego? A może tym wspólnym
językiem będzie κοινή, czyli ten grecki, jaki wypracowano na
potrzeby podbojów macedońskich? W końcu, jeśli za czasów Aleksandra Wielkiego
udało się wszystkich tych Hellenów wyuczyć wspólnego dialektu, to może i dziś by
się udało?
Świat jest pełen barbarzyńców, którzy nie wiedzą kim był Homer, czy w ogóle
istniał i co napisał. My, ludzie cywilizowani, też do końca tego nie wiemy. Ale
to może nie najważniejsze – mogą być barbarzyńcy, którzy świetnie znają Homera i
nie potrafią o tym opowiedzieć innym barbarzyńcom albo innym cywilizowanym
ludziom i to jest właśnie kłopot naszej cywilizowano-barbarzyńskiej
rzeczywistości.
Na szczęście, drogi Watsonie, jest jeszcze mnóstwo rzeczy, co do których możemy
się porozumieć bez słów albo z niewielką liczbą tychże. Poprośmy więc teraz
panią Hudson o przygotowanie nam naszej five o’clock tea... A potem
spróbujemy wrócić na naszą Itakę w nadziei, że Penelopa nie zdążyła jeszcze
utkać całunu, a pies Argos mimo starości wciąż jeszcze na nas czeka...