Maciej Pinkwart
Bóg działa przez Franków
Do jakich książek czy filmów nie mamy zastrzeżeń, nie zarzucamy im kłamstwa, nie
podważamy zawartych w nich twierdzeń? Do bajek, fantazji, fikcji. Nikt nie
zastanawia się nad techniczną konstrukcją miecza świetlnego, nikt nie
kwestionuje możliwości dyskutowania z lustereczkiem, oceniającym urodę królowej,
nikt nie analizuje sposobu, w jaki Piotruś Pan pokonywał grawitację. Nawet
ortodoksyjni religianci, palący na stosach książki o Harrym Potterze nie
analizowali zasad gry w quidditcha i dynamiki Nimbusa 2000, tylko potępiali
Harrego i jego świat za to, że walczy ze złem wspólnie z przyjaciółmi i
nauczycielami, a nie z ministrantami i katechetami, wspierając się różdżką, a
nie różańcem.
Natomiast powieści realistyczne i filmy tzw. oparte na faktach są oceniane
zazwyczaj nie z punktu widzenia ich artystycznych wartości, tylko pod kątem
zgodności z popularną – czytaj: swoją – wiedzą. Na chłopski rozum Jakub Frank
nie mógł zdobyć tylu zwolenników ilu zdobył w powieści Olgi Tokarczuk, a jego
babka Jente nie mogła być obserwatorką świata z pozycji kota Schrödingera,
pozostając w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Książę Hamlet nie mógł
rozmawiać z duchem swojego ojca, bo duchy nie istnieją, a jeśli nawet – to
Szekspir pobłądził pisząc, że ducha tego widzieli także Horacy i Bernardo, a nie
widziała jego rodzona żona, królowa-matka Gertruda. Cygan (właśnie,
Cygan, a nie Rom!) Melquíades nie może co parę lat przyprowadzać do Macondo
swojego plemienia, bo do Macondo nikt nie trafiał, a zresztą Márquez
cygani pisząc, że to Cyganie są chorążymi postępu, bo wędrują po świecie
przywożąc na to południowoamerykańskie zatyle zdobycze nauki i techniki,
pozyskane podczas wędrówek po świecie. No i lód nie mógłby się tak długo
utrzymać w strefie tropikalnej…
Na pograniczu między krytykowanym realizmem i akceptowaną fikcją kolebie się –
jak babka Jente między życiem a śmiercią – święta Księga Ksiąg, Biblia. Przez
długi czas była interpretowana dosłownie, to znaczy – nie była interpretowana,
ale cytowana, nawet w dysputach naukowych zawarte w niej treści traktowane były
jako ultima ratio, argument ostateczny. W judaizmie dotyczyło to Tory,
czyli Pięcioksięgu, której to części Starego Testamentu autorem miał być Mojżesz
– choć w ostatniej księdze, Księdze Powtórzonego Prawa, opisana jest jego
śmierć… Stary i Nowy Testament w chrześcijaństwie obowiązują w tych partiach, w
których dowodzą kreacjonizmu i interwencjonizmu boskiego, istnienia i roli Boga
i Jego syna w dziejach ludzkości itp. W pozostałych – traktowane są jako nie
specjalnie wiarygodne zapiski historyczne.
Długo – do dziś nawet – traktowano Biblię jako opis historii świata i ludzkości.
Do dziś z największą powagą niektórzy bibliści opowiadają o tym, jak i kiedy Bóg
własnymi rękami stworzył świat. XVII-wieczny arcybiskup i prymas Irlandii James
Ussher obliczył, że Bóg stworzył świat wieczorem 22 października 4004 roku
p.n.e., ale nasi prarodzice nie nacieszyli się długo Rajem, bo Adam i Ewa
zostali wygnani na Ziemię już 10 listopada tego samego roku. Wcześniej, w II w.
n.e. rabin Józef ben Halafta obliczył, że początek świata miał miejsce 25 dnia
miesiąca Elul (wrzesień) 3761 roku p.n.e. Szczegółowa godzina nie została
podana.
Współcześni teolodzy traktują zapisy biblijne na temat stworzenia świata jako
poemat teologiczny, w którym metaforycznie przedstawione są nawet zasady
ewolucji. Sześć dni, potrzebne Bogu do skonstruowania życia na Ziemi to sześć
epok ewolucyjnych i tak dalej. Czepialscy interpretatorzy ponoszą, że według
księgi Genesis Bóg stworzył jakoby najpierw gady, a dopiero potem płazy, co jest
sprzeczne z zasadą ewolucji, że owadów w ogóle Biblia nie zauważa, że wykonanie
Ewy z jednego z żeber Adamowych nie tylko jest sprzeczne z zasadą równości płci,
ale i z anatomią, jako że mężczyźni i kobiety mają tę samą liczbę żeber – po 12
par. Na obrazach, pokazujących Adama i Ewę (to niegdyś byli jedyni modele,
których wolno było przedstawiać nago – wspomagani w tej obscenie tylko przez
figlarnych bogów i herosów greckich) oboje prarodzice mają pępki… A najwięcej
kontrowersji wzbudzało Kainowe plemię: jeśli Kain i Abel byli początkowo
jedynymi dziećmi Adama i Ewy, to po bratobójstwie Kain został jedynakiem. Bóg go
wygnał precz, żeby się tułał po świecie i zrobił mu specjalne znamię, żeby nikt
go nie zabił i żeby żył długo i nieszczęśliwie za karę za zabicie brata. Po czym
Kain pojął żonę a ta zrodziła skażone nieprawością Kainowe plemię. No to
skąd byli ci ludzie, co to mieli nie zabijać Kaina i spośród których Kain pojął
żonę, jeśli Bóg stworzył tylko Adama i Ewę, a oni mieli tylko jedną gazdówkę
rodzinną?
Oczywiście, że prawowici chrześcijanie są potomkami późnego syna Adama i Ewy, o
wdzięcznym imieniu Set, które to imię wszelako w starożytnym Egipcie określało
boga zła i śmierci, okropnego brata Ozyrysa. Set to bratobójca, bóg chaosu,
pustyń, burz, ciemności i… cudzoziemców. No dobra, Egipt to Egipt, a Adam i Ewa
to, oczywiście, wcześni Polacy, których potomkowie zaludnili świat. Kainowe
plemię, to dzieci pierwszego bratobójcy i… No, właśnie. Żoną Kaina była albo
jego siostra lub siostrzenica, albo kobieta spośród tych ludzi, których Bóg
stworzył sobie na boczku, może jako konkurencję dla nieposłusznych konsumentów
owoców drzewa wiadomości o dobrym i złym. Nieważne: od Kaina pochodzą wszyscy
źli, których Bóg potem chciał wygubić w potopie, ale nie wyszło, bo pozostawili
potomków, których późnymi wnukami są Czarzasty, Ursula Von der Leyen i Tusk. Od
Seta zaś pochodził Noe, jego syn Cham i w dalekiej konsekwencji Kaczyński, Orban
i Czarnek.
OK, nie bądźmy kreacjonistami: oczywiście, że Wolter miał rację twierdząc, że
gdyby Bóg nie istniał, należałoby go stworzyć. Z tym, że trochę się w tym swoim
deizmie spóźnił: ludzie już dawno Boga, w ogóle – bogów – stworzyli, nie dając
sobie rady z wytłumaczeniem świata. Religia, kult, pojęcie sił nadprzyrodzonych
pojawiają się w ewolucji ludzkości stosunkowo późno, bo w paleolicie.
Oczywiście, nie ma wówczas mowy o jakimś boskim kreacjonizmie – praludzie po
prostu uprawiali kult tego, czego nie rozumieli i co mogło im zagrażać, no więc
trzeba było to coś po pierwsze nazwać, po drugie udobruchać. Wszelka boska
sprawczość pojawiła się później. A jeszcze później ludzie zrozumieli, że Bóg
jest wielki, potężny, wszechmocny, wszechwiedzący – i niekonsekwentny. Stworzyć
– i wygnać. Dać wolną wolę – ale za wolny wybór karać. Nagradzać wiernych – ale
co zrobić, jak wierni mają wobec siebie wonty i błagają o przeciwstawne
rzeczy? Genialnie opisał to Bolesław Prus w Faraonie i tamtejszej
legendzie o Psujaczku.
I wtedy ktoś wymyślił powiedzenie: Bóg działa przez Franków. To maksyma z
czasów pierwszej krucjaty (XI w.), ale zapisana sto lat później przez
kronikarza, benedyktyńskiego opata Guiberta z Nogent, który w ten sposób
usprawiedliwiał morderstwa, dokonywane w Palestynie na Saracenach przez tzw.
rycerzy z Zachodniej Europy, wśród których najwięcej było Francuzów, stąd
nazywano ich Frankami. Naturalnie, nie ma to nic wspólnego z Jakubem Frankiem –
piszę na wszelki wypadek. A tak naprawdę kwestia związków między Frankami a
Bogiem zaczęła się znacznie wcześniej. Otóż, jak sama nazwa wskazuje, Frankowie
to było plemię germańskie, zamieszkałe co najmniej od III wieku naszej ery w
dorzeczu dolnego Renu. W piątym wieku pod wodzą króla Childeryka, a potem jego
syna Chlodwiga podbili większość Galii i sporą cześć dzisiejszych Niemiec i
stworzyli państwo sięgające od Wezery na wschodzie po Atlantyk i Pireneje.
Chlodwig za stolicę nowego państwa obrał dawną rzymską Lutecję, która od
tamtejszego plemienia Paryzów została nazwana Paryżem. Jego następcy z dynastii
Merowingów rozszerzyli swoje panowanie na całą Francję i trzy czwarte Niemiec.
Childeryk był synem Meroweusza, a ten – założycielem pierwszej królewskiej
dynastii, rządzącej Galią, czyli Francją. A zatem: germańscy Frankowie (do
Chlodwiga pogańscy, a potem chrześcijańscy) byli we Francji najeźdźcami, którzy
podbili miejscowe plemiona, odepchnęli Rzym i byli aprobowani przez Bizancjum.
Podobnie germańskimi najeźdźcami byli następcy Merowingów, Karolingowie.
Największym z Karolingów był oczywiście Karol Wielki, Frank naturalnie.
Aha, warto pamiętać, że w najbardziej niemieckiej części Niemiec, Bawarii, leży
przepiękna kraina winem i piwem płynąca, która nazywa się Frankonia.
Najwspanialszym darem Bożym, jaki trafił się Frankończykom są białe wina
Sylwaner oraz Müller-Thurgau a także piwo zoigl. Główne frankońskie miasta to
Norymberga i Würzburg.
W obydwu mieszkają frankońskie szczepy Pinkwartów… Związki między Frankonią a
Frankami są jednak historycznie dość luźne.
I na koniec jeszcze jedno: pierwsza frankońska dynastia, rządząca Francją (która
wszak swoją nazwę państwową bierze od tych germańskich najeźdźców) –
Merowingowie, których królowie nosili długie blond włosy do ramion, i w tych
włosach, jak u biblijnego mocarza Samsona, który na długo przed premierem
Netanjachu napadł na Filistyńczyków, zabijając ich okrutnie oślą szczęką i
wynosząc na własnych plecach bramę miasta Gazy – tkwiła ich wielka siła. I ci
długowłosi mocarze na tereny niemieckie dotarli podobno znad Morza Śródziemnego.
Dokładniej – przybyli z okolic miasta Saintes-Maries-de-la-Mer, Święte Marie z
Morza. Gdzie w pierwszym wieku naszej ery, uciekając przez Morze Śródziemne z
Bliskiego Wschodu, wylądowała Maria z Magdali ze swoją córką, wówczas już
półsierotą – Sarą. Sara wyszła za mąż za emigranta z Egiptu, prześladowanego
przez Rzymian, a jednym z ich potomków był Meroweusz.
To oczywiście tylko legenda, ale w zachodnim chrześcijaństwie bardzo mocno
zakorzeniona. Tak czy inaczej – Bóg niewątpliwie działa przez Franków. A
dokładniej – przez ludzi, których stworzył na obraz i podobieństwo swoje. Albo
odwrotnie: po tylu latach trudno to ustalić jednoznacznie.