Dygresje greckie
Maciej Pinkwart
Żarłoczna chmura
Prawie
wszyscy korzystamy z chmury, żeby trzymać tam swoje dane: mniej czy
bardziej intymne zdjęcia, teksty, nad którymi pracujemy w różnych miejscach i na
różnych komputerach. Piszę to teraz na telefonie, siedząc na balkonie hotelu
miejskiego w Atenach, z widokiem na Akropol. Ale jeśli nawet uda mi się
skończyć, to i tak opracowywać to będę później, może w Agia Marina na wyspie
Egina, korzystając z tabletu. A w domu na Podhalu wczytam sobie z chmury na
komputer stacjonarny z dużym ekranem, żeby choć trochę oszczędzać oczy.
Niewykluczone, że nazajutrz pójdę na spacer i pomyślę nad tekstem jeszcze raz,
wywołując tekst z chmury na czytnik. Żeby to wszystko zrobić, muszę oczywiście
mieć dostęp do sieci, albo przez Wi-Fi, albo przez komórkę.
Czyż nie wygląda to romantycznie: chmura w sieci? Już to widzę: płynie sobie
strzępiasty obłoczek po nieboskłonie nad Akropolem, pyzaty amorek zastawia na
niego sieć, a ja skryty za kolumną tylko czekam, żeby mi z owej złowionej w sieć
chmury wpadło do komputera czy smartfona co trzeba…
Niestety, romantyzm zazwyczaj kończy się tam, gdzie zaczyna się technika. A więc
najpierw o owej sieci. Od naszego smarciocha czy komputera po wpisaniu
jakiegoś adresu nasze polecenie leci sobie przez powietrze drogą radiową albo do
najbliższej stacji przekaźnikowej, albo do rutera (to taka skrzynka z antenką,
którą mamy pod stołem czy gdziekolwiek). A dalej trafia do serwera (to taki
komputer-gigant, działający na okrągło), skąd kablem zasuwa często na koniec
świata, żeby znaleźć odpowiedź na twoje arcyważne pytanie o datę bitwy pod
Salaminą albo żeby umieścić na twoim koncie na Facebooku fotografię kotka, którą
przy pomocy kabli wyszukałeś w sieci i teraz musisz koniecznie pokazać ją innym.
Ta sieć to w zasadzie pajęczyna, rozpięta na cały świat (World Wide Web,
czyli WWW). Są to niewyobrażalne długości kabli: same transoceaniczne
światłowody mają prawie dwa miliony kilometrów długości. A gdyby próbować
policzyć kable, które biegną pod chodnikami i jezdniami, w ścianach naszych
domów i każdym zakątku ziemi – byłyby to setki miliardów kilometrów. Wyobraźcie
sobie ile poszło na to miedzi, stali, plastiku, ile koparek, statków,
robotników… Tak tylko na marginesie sobie wzdycham – jak nikły procent tego, co
ta robota kosztowała i wciąż kosztuje – trzeba by wydać, żeby wykopać dostęp do
wody dla całej Afryki…
To sieć. A chmura? Chmura, wbrew pozorom nie jest na niebie, tylko na ziemi,
albo nawet głęboko pod nią. Portrecik kotka, który właśnie wysłałeś do chmury,
bluzgi, jakie jeden polityk zamieszcza w chmurze na temat drugiego polityka czy
ten mój felieton po kliknięciu „zapisz”, albo „udostępnij” biegną kablami do
serwera, a stamtąd do gigantycznego centrum danych – albo gdzieś koło ciebie,
albo w kupionym terenie Afryki, Azji, Brazylii czy Warmii i Mazur. To są setki,
a może i tysiące gigantycznych komputerów, które oczywiście działają na prąd,
ten prąd dochodzi do nich kablami, grzeją się jak wściekłe i trzeba je chłodzić,
niekoniecznie obkładając lodem czy polewając wodą, ale stosując ogromne
wymienniki ciepła.
To oczywiście pochłania przeogromne ilości energii, w istotny sposób wpływa na
podgrzewanie atmosfery i zużywa oceany wody. No i hałasuje – miliony kręcących
się dysków, wentylatory, płynąca woda… I kosztuje miliardy euro. Tutaj, pod
Atenami właśnie niedawno otwarto nowe centrum danych – ma powierzchnię 8,6 tys.
m² i oferuje usługi chmurowe oraz przechowywania i zarządzania danymi. Będzie
obsługiwać rynek grecki, państwa Europy Południowo-Wschodniej oraz klientów
spoza regionu.
No, a w Polsce? Też nie jesteśmy od macochy: największe magazyny danych są koło
Warszawy, w Ożarowie i Markach, trochę mniejsze w okolicach Poznania, w Krakowie
i Wrocławiu, a kolejny powstaje w Koninie. Z pewnością z roku na rok będzie tego
coraz więcej, będą zajmować coraz więcej miejsca i może się tak zdarzyć, że
bunkry ukrywające te rzekome chmury wypełnią wszystkie wolne przestrzenie,
niewykorzystywane na miasta, wsie, uprawy rolne oraz stacje przekaźnikowe dla
komórek, wiatraki robiące prąd czy całe hektary ogniw fotowoltaicznych. Jak już
nasi gaśnicowcy wyprowadzą Polskę z Unii Europejskiej i rolnicy stracą dopłaty
do hektarów za nic – można będzie wszystko zaugorować i sprzedać swoje pola na
centra danych dla Mety, Amazona, czy Googla.
A od kilku lat potrzeby lokalowe miliardów serwerów rosną wykładniczo, bo nasza
mało używana własna inteligencja dorobiła się protez w postaci inteligencji
sztucznej, której każda odmiana musi przejść intensywny proces kształcenia i
wychowania, pochłaniając i przetrawiając setki milionów książek, artykułów,
moich felietonów i obrazków z uroczymi kotkami. To wszystko dzieje się w
chmurach i u każdego sztucznego inteligenta na nowo i inaczej. Kiedy się
dowiedziałem, że nawet Polska dorobiła się własnej sztucznej inteligencji
(naturalna od pewnego czasu staje się coraz mniej używana), to zastanawiam się,
dlaczego każdy kraj musi to wszystko przerabiać od nowa i faszerować swoich
sztucznych inteligentów pracujących własnymi mądrościami? Własną sztuczną
inteligencję ma na przykład Królestwo Bhutanu, która jest dopasowana do języka
dzongkha oraz lokalnych dialektów tshangla czy bumthapkha. Też się cieszycie,
prawda? Tyle że bhutańska AI nazywa się NoMind, co już brzmi groźnie.
Nie to, co w Grecji. Helleni nie nazwali oczywiście swojej AI imieniem
Sokratesa, bo mogłoby się skończyć tym, że na każde pytanie, czyli prompt,
system odpowiedziałby za swoim patronem wiem, że nic nie wiem i rozmowa
by się skończyła, z pożytkiem dla inteligencji własnej i z oszczędnością chmury.
Nie, Grecy mają system Meltemi – to jest imię groźnego, lokalnego wiatru,
wiejącego latem, chłodnego, ale porywistego. Dlaczego tak? Bo – tu cytuję z
mojej własnej googlowskiej sztucznej inteligencji – narodowy model AI ma być
dla greckiej cyfryzacji tym, czym ten wiatr dla kraju: odświeżeniem, potężną
siłą napędową i powiewem nowoczesności. Meltemi jest trenowany na
superkomputerze Daedalus, ulokowanym w Lavrio koło Aten, a główny rządowy
program wykorzystania systemu Meltemi nazywa się Pharos, latarnia morska.
Naprawdę, ci Grecy to są…
Jednak jeśli tak dalej pójdzie, ani sztuczna inteligencja nam nie zagrozi, ani
nie wybiją nas terminatorzy z systemu Skynet – po prostu jeśli dziesięć
miliardów ludzi zechce w tym samym czasie przesłać siecią, na przykład w
Instagramie lub Facebooku i przechować w swoich chmurach choćby małego kotka –
trzeba będzie na potrzeby centrów danych wykorzystać wszystkie ziemskie lądy,
niewykluczone, że z Akropolem, Mount Everestem i Trampogrodem (dawniej Katowice,
jeszcze dawniej Stalinogród, jeszcze dawniej Kattowitz). A może też utworzymy
centra danych na dnie wszystkich mórz i oceanów. Bo kotek, nawet mały i piękny,
przesyłany jest przy pomocy polecenia, definiującego każdy punkt w obrazie
wieloma bajtami określającymi jego położenie w poziomie i w pionie, kolor, jego
intensywność i parę innych parametrów. Wygląda to tak:
Oto
kotek:
A oto jaka jego definicja leci przez sieć do chmury:
data:image/jpeg;filename=Kotek.jpg;base64,/9j/4AAQSkZJRgABAgEASABIAAD/4QtzRXhpZgAATU0AKgAAAAgABwESAAMAAAABAAEAAAEaAAUAAAABAAAAYgEbAAUAAAABAAAAagEoAAMAAAABAAIAAAExAAIAAAAbAAAAcgEyAAIAAAAUAAAAjYdpAAQAAAABAAAApAAAANAAAABIAAAAAQAAAEgAAAABQWRvYmUgUGhvdG9zaG9wIENTIFdpbmRvd3MAMjAyNjowOTowNyAyMToyNzo1NAAAAAAAA6ABAAMAAAAB//8AAKACAAQAAAABAAAAc6ADAAQAAAABAAAAmgAAAAAAAAAGAQMAAwAAAAEABgAAARoABQAAAAEAAAEeARsABQAAAAEAAAEmASgAAwAAAAEAAgAAAgEABAAAAAEAAAEuAgIABAAAAAEAAAo9AAAAAAAAAEgAAAABAAAASAAAAAH/2P/gABBKRklGAAECAQBIAEgAAP/tAAxBZG9iZV9DTQAC/+4ADkFkb2JlAGSAAAAAAf/bAIQADAgICAkIDAkJDBELCgsRFQ8MDA8V…GBMTFRMTGBEMDAwMDAwRDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAENCwsNDg0QDg4QFA4ODhQUDg4ODhQRDAwMDAwREQwMDAwMDBEMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwMDAwM/8AAEQgAmgBzAwEiAAIRAQMRAf/dAAQACP/EAT8AAAEFAQEBAQEBAAAAAAAAAAMAAQIEBQY…
I tak dalej, przez 18 stron. Sprawdziłem.
Rzymianie, ci barbarzyńcy żerujący na greckiej (a i trojańskiej) kulturze,
zostawili w Pompejach mozaikę w Domu Poety z napisem Cave canem, strzeż
się psa. Jakby tam napisali Cave catum, może perspektywa szykowałaby się
nam lepsza: w chmurach i w sieci podobno jest więcej psów niż kotów, no bo
wszyscy chcą te psy zachować dla potomności. Potomność, czyli roboty napędzane
przez Meltemi czy NoMind przekąsi te psy zaraz po tym, jak pożre nas. Kotki
zresztą też.
Możecie się przez chwilę zamyślić nad tym, ile to wszystko kosztuje i kto za to
płaci. No bo my, posyłając tego pieprzonego kotka do Facebooka, robimy to za
darmo. No oczywiście, płacimy coś tam za kablówkę, opłacamy abonament w
telefonie, ale to są grosze w porównaniu choćby z kosztem obsługi jednego tylko
serwera. Wysyłam ten tekst pocztą, którą mam za darmo, on leci kablem, za który
nie płacę, do serwera, który nie wiem nawet gdzie jest i nic mnie to nie
obchodzi, mój serwer sczytuje twój adres i wysyła to co dostał do twojego
serwera, a twój serwer do ciebie. Z Googla korzystam za darmo. Z AI też. Ale to
się jakoś komuś musi opłacać – bo nie ma darmowych obiadów. Może to, że piszę
teraz o sieci i chmurze jakiś bot przeczyta i wyśle mi jutro dziesięć propozycji
kupna nowego komputera, albo chociaż odkurzacza? I może kupię? Aż strach jednak
pomyśleć, kto te wszystkie sznurki trzyma. Na pewno jakiś światowy rząd, który
chce nas wygubić i oddać Ziemię masońskim Marsjanom…