Maciej Pinkwart
Dzień kota
Dziś felieton będzie co nieco przyrodniczy. Ostatnio sporo było o polityce, to
teraz może o zwierzętach, osobach dziennikarskich i osobach
politycznych – jak powinienem napisać, nie urażając nienormatywnych
preferencji niektórych z wyżej wymienionych. Zresztą, bo ja wiem, czy
nienormatywnych? Jak się wydaje, teraz normą zaczyna być coś, czego kiedyś nie
można było nawet obejrzeć w muzeum nienormatywności. I gdy jeden z sejmowych
prawicowych korytarzowców zapętla się w rozmowie z dziennikarzem na temat tego,
która część jego partii ma przesłanie dla normalsów, a która nie, czyli
ma ofertę dla nienormalsów – gubię się i ja. Pewno jestem nienormatywnym
nienormalsem.
Zwierzęta są normalniejsze. Jak wolą krowę, będąc krową, to wolą, nie chowają
się po krzakach i nie udają byka. Jak wolą inne zwierzęta – na przykład będąc
indykiem, preferują kury – to co najwyżej jaja z tego wychodzą spiczaste i
Sławomir Mrożek ma o czym pisać. I tyle tego, nikt nie mówi o nich, że się
zezwierzęciły i są nienormalsami.
Zacznijmy więc od ciekawostki przyrodniczej, czyli od jaj kobyły.
Kiedyś byłem dziennikarzem. Więc mam prawo zacząć klasycznie: Ja jako były
dziennikarz… Z rosnącym zdziwieniem, ale i z rosnącym niesmakiem patrzę na
to, co się stało z zawodem, który kiedyś był – i w nielicznych przypadkach nadal
jest – zawodem zaufania publicznego. Kiedyś, dawno temu, za okupacji
komunistycznej, kiedy działaliśmy w jarzmach cenzury (a częściej –
autocenzury), powiedziałem jednemu z moich naczelnych, że znając realia ja mogę
nie napisać prawdy, ale nie mogę napisać nieprawdy. Zdaje się, ten mój bon mot
zrozumiał, bo zaczęło na łamach być dla mnie coraz mniej miejsca, aż wreszcie
musiałem podziękować za pracę w renomowanym tygodniku i wylądowałem jako
reporter pisma, będącego organem związku zawodowego pracowników gospodarstw
rolnych.
Potem przyszła Solidarność, zasmakowałem w pracy dla dobrych gazet, potem
demokracja i zarówno pism, jak i znakomitych stacji radiowych, z którymi
współpracowałem było w bród. Ale zawsze starałem się przestrzegać dwóch zasad:
facts are sacred but comment is free, a informacje od komentarza muszą
być jasno i wyraźnie rozdzielone oraz jeśli podejmuję z kimś rozmowę, to ja
zadaję pytania, on na nie odpowiada i już. Nie jestem od tego, żeby w czasie
wywiadu przekonywać gościa, że on jest głupi i że ja go właśnie nauczę jak
powinien postępować – jako premier, prezes, minister czy piłkarz. No i
wiedziałem, że jednym z podstawowych obowiązków dziennikarskich jest to, żeby
siebie samego nie wystawiać na pośmiewisko własnych czytelników, słuchaczy czy
widzów. Dziennikarz nieporadny,
żałosny czy chamski jest przede wszystkim niewiarygodny – a to jest jego
największa wada.
Dlatego zupełnie nie potrafię zrozumieć tego, co każdego dnia pokazują nam
całymi hektarami rozmaite telewizje i inne media (radio i gazety teraz też są
telewizją) w relacjach z korytarzy sejmowych czy podwórek partii politycznych
(zwłaszcza jednej). Znacie Państwo ten obrazek doskonale: czołowy polityk PiS
idzie, czy wręcz biegnie (w miarę możliwości wiekowo-zadyszkowo-artretycznych)
korytarzem, a za nim, przed nim, obok niego wywija mikrofonem dziennikarz,
usiłując najpierw zadać mu pytanie, a potem wydobyć odpowiedź. Przed
dziennikarzem – i politykiem, który, w zależności od swojego miejsca w
hierarchii partyjnej, bywa otoczony większym czy mniejszym wianuszkiem
współwyznawców, pełniących również rolę ochroniarzy (częściej: ochroniarek) –
biegnie tyłem operator z kamerą ważącą około 7 kilogramów, a przed operatorem –
człowiek, który jego pilotuje.
Taki polityk przede wszystkim daje swoim wyznawcom do zrozumienia, jak bardzo
lekceważy dziennikarza i jego środowisko. Po drugie – sygnalizuje, jaki on sam
jest ważny, bo to on nadaje charakter tej, pożal się Boże, rozmowie. A
dziennikarz – pokazuje, jaki jest dociekliwy, nieustępliwy, że dla dobrego
poinformowania swoich odbiorców gotów jest narażać życie – swoje, operatora i
tego, co operatora pilotuje – biegnąc korytarzem, po schodach czy dociskając
polityka przed drzwiami wychodka.
Polityk zazwyczaj reaguje na to wszystko dość standardowo. Po pierwsze – udaje,
że nie słyszał pytania (często rzeczywiście nie słyszy: hałas, tłok i wiek robią
swoje). Po drugie – nie odpowiada, bo się bardzo spieszy (często rzeczywiście
się spieszy: potrzeby fizjologiczne i napięty harmonogram prac sejmowych
wymuszają pośpiech). Po trzecie – wykorzystuje sytuację do a: wykazania pogardy
dla pytającego i/lub reprezentowanej przezeń stacji, b: przekazania własnej
treści, absolutnie bez związku z pytaniem.
Zilustrujmy to przykładami.
Dziennikarz 1 (biegnąc): Jak pan skomentuje przegraną Orbana na Węgrzech?
Polityk 1 (krocząc): Pan i pańska stacja znowu kłamiecie.
Dziennikarz 1: Ale w którym miejscu skłamałem? Orban nie przegrał?
Polityk 1: Mogę udzielić odpowiedzi, ale tylko na żywo, w półgodzinnym
wywiadzie. I to nie w waszej stacji.
Dziennikarz 2 (biegnąc): Jak pan skomentuje wizytę prezydenta u Orbana, który
przegrał wybory?
Polityk 2 (krocząc, nawet nie patrząc na dziennikarza): Polityka Donalda Tuska
składa się z samych kłamstw i doprowadziła Polskę do ruiny, a niebawem
doprowadzi do utraty niepodległości.
Dziennikarz 2 (nadal biegnąc): Ale ja pytałem o wizytę prezydenta.
Polityk 2 (modyfikuje wypowiedź): Donald Tusk i jego rząd stale kłamią i
prowadzą fatalną politykę wyprzedawania polskiej niepodległości.
Dziennikarz 2: Więc jak pan skomentuje
wizytę prezydenta u Orbana, który przegrał wybory?
Polityk 2: Rząd Donalda Tuska…
I tak ad mortem defecatam…
Dziennikarz 3 (biegnąc): Czy zdał już pan ponownie egzamin na prawo jazdy?
Polityk 3 (odchodzi tyłem): Wiecznie te same kłamstwa, w Smoleńsku i tutaj. Do
widzenia, miłego dnia.
Jest jeszcze jeden polityk, który najwyraźniej te
korytarzowe pogwarki uwielbia, bo choć oczywiście nie udziela żadnej
merytorycznej odpowiedzi na zadane pytania, to jednak, mamrocząc, stawia przed
dziennikarzami trudne zadanie, bo oni potem w redakcyjnych komentarzach usiłują
dokonywać egzegezy tych mamrotów, co jest bez sensu, bo ten polityk jest starej
daty i swoją – niezwykle skuteczną, niestety – politykę uprawia za siedmioma
zasłonami swojego gabinetu, a na perypatetycznych pogwarkach korytarzowych tylko
śmieszy, tumani, przestrasza. A dziennikarze wchodzą w skład jego
publiczności siedzącej w tej karczmie i tylko obserwującej, jak na patrona z
trybunału, co milczkiem wypróżniał rondel, zadzwonił kieską pomału – z patrona
robi się kondel…
Ja rozumiem, że intencją korytarzowego dziennikarza początkowo jest uzyskanie
merytorycznego komentarza od polityka opozycji, a potem – kontynuowanie rozmowy
(że się tak wyrażę) ma wykazać złą wolę polityka i jego beznadziejny obciach.
Tylko że to widzowie wiedzą już od dawna. Żaden większy obciach niż te, które
już znamy ani nikogo spośród widzów nie zdziwi, ani nie zmieni jego poglądów,
ani nie usposobi bardziej czy mniej krytycznie do polityków i ich partii. Więc
po co to wszystko? Dla beki? Dla wkurzu? To całkowicie zbyteczne. Jeśli
będziemy – my, dziennikarze, i my, odbiorcy mediów – nadal grali w tę grę, to
ten chocholi taniec będzie trwał i wciąż najważniejsza będzie dla nas
nieoczekiwana zupełnie konstatacja, że posłanka X jest zupełną kretynką, że
poseł Y jest kompletnym chamem, a przewodniczący Z jest szczwanym lisem, dla
którego dziennikarz jest tylko przeszkodą w drodze do władzy. Ewentualnie – do
wychodka.
Bieganie za politykami po sejmowych korytarzach nie czyni z tego miejsca gaju
Akademosa, zaś z dziennikarzy i polityków poważnych perypatetyków. Zadałeś
pytanie raz i drugi – nie uzyskałeś odpowiedzi – koniec, odchodzisz. Ze
świadomością, że gdybyś nawet ją
uzyskał, to będzie ona całkowicie pozbawiona treści, a już na pewno niczego w
świecie polskiej polityki nie zmieni. Polityki nie robi się podczas joggingu na
korytarzu. Ale dzisiejsze gwiazdy tzw. wolnych mediów ze swej kondycji w czasie
sejmowych marszobiegów robią największą zaletę profesjonalną. Ale jestem dzielny
– dopadłem go i sześć razy zadałem mu to samo pytanie, a on, skubany, nie
odpowiedział! Ale jaja!
Zauważmy, że taka dziennikarska bieganina to sposób na prowadzenie wywiadów
tylko z posłami PiS. Inni politycy w większości wypadków zatrzymują się przy
dziennikarzach choćby na chwilę albo przynajmniej jakoś usprawiedliwiają swoją
niechęć do konwersacji. Choć i im zdarza się wchodzenie w nieswoje buty – w
sytuacjach, kiedy na konferencjach prasowych pseudodziennikarze zamiast zadawać
pytania wygłaszają własne lub zlecone manifesty polityczne wykorzystując okazję
do przeprowadzenia krótkiej narracji pro- lub częściej antyrządowej. Polityk w
tej sytuacji powinien spokojnie tego wysłuchać i jeśli tam w ogóle będzie jakieś
pytanie – w dwóch słowach udzielić odpowiedzi, a jeśli nie – poprosić o
następne.
A co wynika z tego żałosnego korytarzowego teatrzyku? Jeśli dziennikarze
przestaną uganiać się za politykami, którzy będą wyraźnie wykazywać, jak bardzo
ich mają gdzieś, to z czasem się okaże, czy to była rzeczywista niechęć do
dziennikarzy, czy tylko takie końskie zaloty. A jeśli po zadaniu pytania i
ewentualnym jego powtórzeniu odpowiedzi nie będzie, albo co gorsza będzie
wypowiedź nie związana z pytaniem – trzeba wyłączyć kamerę i po prostu odejść.
Ewentualnie też życząc miłego dnia.
A ze spraw zwierzęcych – dobrze jest pamiętać, że jeśli kot ma swój dzień tylko
raz w roku, 17 lutego, to bojkot powinien mieć swój dzień każdego dnia, kiedy
polityk i dziennikarz zapomną, jakie role społeczne powinni odgrywać.