Maciej Pinkwart
Marzenia o Alcatraz
Wciąż jeszcze pozostający tylko w leczeniu ambulatoryjnym prezydent USA marzy o
reaktywowaniu więzienia w Alcatraz i chce na jego odbudowę wydać dwa miliardy
dolarów. Być może trzeba będzie na to uszczknąć co nieco z funduszu Rady Pokoju.
Bo co jak co, ale w Alcatraz będzie i sporo pokoi, i wojna raczej tam nie
wybuchnie. A jeśli nawet, to środki zabezpieczenia pokoju sprawdzone w
Minneapolis będą tam działać znakomicie.
Jestem w mojej ulubionej restauracji słowackiej. Czytam Jedalny listok. A
w nim widzę slovenské pirohy, z bryndzą, śmietaną i skwarkami. Smaczne?
Jeszcze jak! Niezdrowe? Jeszcze jak! Stowarzyszenie Lekarzy Kardiologów zbiera
podpisy pod petycją, żądającą zakazu umieszczania slovenskych pirohov w
jakimkolwiek menu. A może w ogóle drukowania menu, bo ktoś mógłby sobie jakieś
niezdrowe danie zamówić. I dostać cholesterolu. I umrzeć na zawał.
Istnienie jakiegoś dania w menu nie zmusza nikogo do jego zamawiania. Podobnie
aprobata dla feminatywów nie oznacza przymuszenia wszystkich do określania
kobiety prowadzącej auto mianem kierowczyni, ani zakazu nazywania
psychiatrki lekarzem-psychiatrą. Inna rzecz, że określenie
lekarz-psychiatra, a nie lekarz-psychiater to dość wyczuwalna
niekonsekwencja, która może powodować pewien dyskomfort.
Co do dyskomfortu, to jego odczuwanie zawsze jest sprawą indywidualną, choć
pewne kręgi i te odczucia chciałyby ująć w ramy prawne. Dążenie do
równouprawnienia kobiet jest sprawą ze wszech miar szlachetną, choć zawieranie
go w różnych kodeksach wydaje się sprzeczne z samą ideą równo-uprawnienia. W
normach prawnych, określających przepisy wybierania do rozmaitych ciał
przedstawicielskich czy biznesowych stosuje się zasady tzw. parytetu, a więc
dążenia do tego, by liczba kobiet była w owych ciałach równa liczbie mężczyzn.
Ale jakoś nigdzie nie próbuje się w ten sam sposób określić liczby mężczyzn.
Słabo zresztą się to sprawdza, bo ludzie zdaje się wybierają do władz swoich
przedstawicieli nie według płci, tylko według poglądów i przynależności
partyjnej. Parę lat temu chciałem się tej tendencji przeciwstawić i o mało nie
zagłosowałem na Magdalenę Ogórek, a ostatnio długopis zatrzymał mi się nad
kratką przy nazwisku Magdaleny Biejat. Oczywiście, nie jest wykluczone, że
długopisem tym kierowała moja sympatia do imienia Magdalena. I choć ostatecznie
z bólem serca nie zagłosowałem za tymi kandydatkami, to jednak przyznaję, że
przynajmniej w jednym z tych przypadków nie kierowałem się poparciem dla
programu, tylko dla podwójnych chromosomów X.
Samą ideę parytetu rozumiem: długotrwała i – powiedziałbym – zdeterminowana
przez biologię zasada, przyznająca kobiecie priorytet w działaniach na rzecz
ochrony i przedłużenia gatunku daje jej prawo do bycia chronioną i
uprzywilejowaną w tym sensie, że lepiej dla wydawanego na świat potomstwa będzie
gdy bezpiecznie będzie
siedziała w jaskini, mieszała w garnkach i karmiła swoje dziecięta i
swoich mężczyzn, zamiast być narażaną na brutalny kontakt z tygrysem
szablozębnym czy chamidłem z sąsiedniego plemienia. Stąd nie tylko wyśmiewana
zasada trzech K – Kinder, Küche und Kirche – ale także ustępowanie
miejsca w tramwaju, puszczanie przodem w drzwiach, goździki na Dzień Kobiet czy
wszelkie inne przejawy tak zwanej rycerskości. Ale ta rycerskość jakoś nie
kierowała członkami francuskiej Akademii Nauk, którzy w 1911 r. nie przyjęli do
swojego grona Marii Skłodowskiej-Curie tylko dlatego, że jest kobietą. A może
dlatego, że pod względem wiedzy i praktyki naukowej większość z nich mogłaby jej
buciki czyścić.
Prawo do ochrony, jakie kobietom przysługiwało (świadomie ujmuję to w elegancką
formę, zamiast mówić o bezczelnie dominującym patriarchacie) – póki jest prawem,
nie jest niczym zdrożnym. Kłopoty zaczynają się w momencie, gdy prawo do
pozostawania w domu i bycia ochranianą przez mężczyznę zmienia się w zakaz
opuszczania domu i kodeksowe lub szariatowe podporządkowanie się mężczyznom. Ale
tu dwie uwagi natury ogólniejszej: po pierwsze – zanim na świecie zapanował
patriarchat, w wielu miejscach panował matriarchat, kobiety rządziły nie tylko w
królestwie Amazonek, a figurki prehistorycznych Venus (zdecydowanie nie pasujące
do naszych dzisiejszych wyobrażeń o pięknie) czczone były w znacznie większym
stopniu niż figurki falliczne, które dziś częściej śmieszą niż wzbudzają podziw
czy zazdrość. I druga sprawa – czy się to rozmaitym sufrażystkom, emancypantkom
i feministkom (a także feministom) podoba czy nie, to ciągle jeszcze nie ma
mężczyzn zachodzących w ciążę i rodzących dzieci. To, o ile wiem, zdarza się
tylko samcom koników morskich i Arnoldowi Schwarzeneggerowi.
Z powodu owej wyjątkowej roli – dla biologii pewno najważniejszej – wynikają dla
kobiet przywileje, ochrona, szacunek i miłość. Ale jak to się ma do ustawowych
parytetów, feminatywów czy szarmanckiej rycerskości? Pewno jest to tylko forma,
która jeśli jest pozbawiona treści, niczego mądrego nie przynosi.
Teraz sprawy większego kalibru. Na całym świecie od lat trwają batalie wokół
kwestii przerywania ciąży, a raczej nie aborcji jako takiej, tylko zakazu lub
przyzwolenia na terminację niechcianej lub zagrażającej życiu czy zdrowiu
kobiety ciąży. Nie widziałem żadnych większych protestów czy manifestów
politycznych skierowanych bezpośrednio do kobiet chcących przerwać sobie ciążę.
Są to głównie żądania umieszczenia w prawie zakazu przerywania ciąży lub
nieprzyjmowania kodeksowych możliwości aborcji. No i oczywiście są ataki na
lekarzy, takich zabiegów dokonujących.
Chciałbym najpierw powiedzieć jedno: aborcja nie jest OK, jak głosi jedno z
najgłupszych haseł, jakie ostatnio widziałem. Każda aborcja jest złem, dla wielu
jest grzechem, najczęściej wielkim dramatem, zawsze traumą. Z pewnością nie jest
to ultymatywny środek antykoncepcyjny – jeśli ktoś naprawdę tak myśli, to jest
nienormalny. Jednak zajście w ciążę nie zawsze jest skutkiem wielkiej miłości i
świadomej chęci powiększenia rodziny. Często dzieje się to wbrew woli jednej,
lub nawet obu stron. Urodzenie dziecka niekiedy staje się – przepraszam, że to
powiem – karą za nieostrożność, swobodę, nadmierne zaufanie czy po prostu
głupotę. I choć takie niechciane dziecko z wpadki po czasie najczęściej staje
się dzieckiem szczególnie kochanym – nie może to odbywać się jako skutek
jakiegokolwiek przepisu. Miłości, przyjaźni czy nawet tolerancji nie da się
wymusić przepisami.
I jeśli w przepisach prawnych, które uchwali jakikolwiek parlament – nie nasz
oczywiście, nie w tym kraju i nie przy tych władzach i nie przy tym faryzeizmie
– znajdzie się ograniczona dopuszczalność aborcji, to przecież nie będą one
oznaczać przymusu aborcji. Przeciwników aborcji nikt do przerwania ciąży nie
będzie zmuszał. Zwolenników zresztą też. W kraju, w którym, podobno, 89 % osób
deklaruje przynależność do kościoła katolickiego, uważającego aborcję za grzech
śmiertelny – zakaz przerywania ciąży wydaje się całkowicie zbędny. W dodatku
przeciwnicy przepisów legalizujących ograniczoną przecież dopuszczalność aborcji
twierdzą, że są za życiem a przeciwko zabijaniu ludzi w łonie matki. Jeśli
aborcja jest równoznaczna z zabójstwem, to po co uchwalanie jej zakazu? Istnieje
art. 148 KK: „Kto zabija człowieka…”.
O tym, że zarówno zakazy jak i nakazy prawne są wyrazem – powiedziałbym –
bezradności, albo nawet naiwności prawodawców świadczy treść kamiennych tablic z
góry Synaj. Bóg, dając je Mojżeszowi i Mojżesz przyjmując je z deklaracją
wdrażania w życie zawartych w nich przepisów, dokonali pustego gestu, bo
przecież Wszechmocnego i Wszechwiedzącego trudno posądzać o bezradność czy
naiwność. Inna rzecz, że obdarzając ludzi wolną wolą już z definicji Bóg był
albo naiwny, albo perfidny: przecież wiadomo było Mu z pewnością z góry, że Adam
i Ewa dadzą się uwieść wężowi, pożrą owoc wiadomości i faktów, zagrają w nich
chucie, a potem to już poleci.
Jeszcze raz: dopuszczenie aborcji nie oznacza nakazu aborcji. Podobnie jak
dopuszczenie małżeństw jednopłciowych czy wolnych związków partnerskich nie
zmusza nikogo do wejścia w taki związek. Oczywiście, w drugą stronę też to
działa: zakaz, czy tylko nielegalność aborcji bynajmniej nie sprawi, że nikt nie
będzie przerywał ciąży, tak samo, jeśli pan prezes, pan prezydent i pan doktor
minister wicepremier społem legną Rejtanem przed zalegalizowaniem wspólnoty
niesakramentalnej, to w najmniejszym stopniu nie wpłynie na zmianę istniejącego
związku w rozwiązek. I żadne gadanie o tym, że związek partnerski to to
samo co Związek Radziecki i woda na młyn rewizjonistów z Bonn niczego tu nie
zmieni – jeśli ktoś chce z kimkolwiek żyć na kocią łapę, to będzie. Nawet z
kotem.
Ale rzecz jasna doktrynerom ruchu pro life, konserwatystom i rozmaitym
deklaratywnym prawakom żadne racjonalne argumenty nie przemówią do
rozumu, nawet tym którzy takowym dysponują. Mówienie o tym, że trzeba rozwijać
oświatę seksualną, rozbudowywać świadome macierzyństwo i ułatwić dostęp do
antykoncepcji to także podobno jest walka z życiem, które wskutek owych
szatańskich wymysłów nie zostałoby poczęte, a mogłoby. Współżycie bez
sakramentalnego błogosławieństwa (a choćby bez Mendelssohna w Urzędzie Stanu
Cywilnego) jest po prostu współżyciem nielegalnym, którego trzeba zabronić.
Chyba uczą tego teoretycznie w seminariach duchownych, co przekłada się na życie
parafialne i powszechne poparcie dla rozmaitych komisji moralnych w obrębie
niektórych instytucji publicznych. Nieprawdaż?
Cóż, zapewne miejscem o najwyższym w Polsce procencie osób przestrzegających
prawa jest więzienie we Wronkach. Ale marzenie o tym, że w każdej gminie
powstanie małe, ale gustowne Alcatraz, dzięki czemu ludzie staną się lepsi, kraj
spłynie mlekiem i miodem, a wszyscy inaczej myślący skierowani zostaną na
reedukację – są co prawda powszechne,
ale zazwyczaj dotyczą tylko tych innych. Najbezpieczniejsze dla sternika
jest sterowanie cudzą łodzią.