Maciej Pinkwart
Girl, Boy i kochankowie
(fragment przygotowywanej książki Wariat z Krupówek)
Ilustracje – od góry:
Stanisław Ignacy Witkiewicz, Autoportret
Zofia Pareńska, późniejsza Żeleńska
Stanisław Wyspiański, Autoportret
Tadeusz Boy-Żeleński
Macierzyństwo – Zofia Żeleńska z małym Stasiem, portret Stanisława Wyspiańskiego
Rudolf Starzewski, portret Jacka Malczewskiego
Tadeusz Boy-Żeleński, portret Witkacego
Tadeusz Boy-Żeleński, portret Witkacego
Śpiący Staś Żeleński, portret Stanisława Wyspiańskiego
Stanisław Żeleński jako Tadeusz Boy-Żeleński
Rudolf Starzewski, portret Stanisława Wyspiańskiego
Rudolf Starzewski, portret Jacka Malczewskiego
Stanisław Ignacy Witkiewicz
Zaraz
po napisaniu operetki Panna Tutli-Putli,
pod koniec czerwca 1920 r. wyjeżdża do Krakowa, gdzie Maria Witkiewiczowa ma
mieć poważną operację – nie znamy tu żadnych szczegółów medycznych[1].
W połowie lipca, w związku z sytuacją na froncie wszyscy oficerowie zostają
powołani do służby wojskowej. Witkiewicz zgłasza się do Powiatowej Komendzie
Uzupełnień w Nowym Targu i tam otrzymuje tymczasowe odroczenie, ze względu na
stan zdrowia matki. Jednakże po dwóch tygodniach staje przed wojskową komisją
lekarską w Krakowie, gdzie ze względu na swój stan zdrowia (hemoroidy) zostaje
zaliczony do grupy C1, czyli osób zwolnionych z czynnej służby na froncie.
Jednakże pozostaje w służbie wojskowej, najpierw jako uczestnik kursu
instruktorskiego w dowództwie Krakowskiego Okręgu Wojskowego, pełniąc tam
jednocześnie funkcję tłumacza dla wykładowców francuskich. Pod koniec
października kończy kurs z interesującą opinią:
Bardzo sumienny, pracowity i gorliwy oficer, brak energii utrudnia mu pracę, zanadto wielka wrażliwość i przesadna subtelność czyni go nieśmiałym i niezdecydowanym. Oficer mógłby być użyty jako wybitny referent oświatowy[2].
Do pracy w wojsku – gdzie został po kursie zatrudniony na stałe jako tłumacz – dochodził z krakowskiego mieszkania Żeleńskich, gdzie romans z żoną Boya kwitł w najlepsze. Ale w formie najlepszej nie jest. W połowie listopada 1920 roku dostał trzytygodniowy urlop z uwagi na kiepski stan zdrowia: dokuczał mu kaszel, osłabienie wskutek codziennych krwotoków hemoroidalnych i stan nerwów zbliżony do lekkiej niepoczytalności[3].
Wyjazd do Zakopanego staje się czymś w rodzaju ucieczki od środowiska, w jakim przebywał przez ostatnie miesiące. Wojsko jednak nie zapomina o swoim dzielnym oficerze. Centralna Szkoła Instrukcyjna, gdzie Witkacy służył jako tłumacz zostaje co prawda rozwiązana, ale do zakopiańskiej willi Wawel 29 grudnia 1920 przychodzi przydział służbowy do V Zapasowego Baonu Wojsk Wartowniczych i Etapowych, z rozkazem stawienia się w sztabie w Krakowie-Podgórzu. W tej sytuacji Witkiewiczowie chcą wykorzystać znajomości, a nawet rodzinne koneksje: Maria Witkiewiczowa pisze do gen. Kazimierza Sosnkowskiego, którego żona była córką Anieli z Jałowieckich – czyli kuzynką Witkacego:
Ośmielam się prosić
pana Generała o uwolnienie mego Syna ze służby wojskowej, a mianowicie o
przeniesienie go do rezerwy […]. Osta
tnia
komisja znalazła bardzo rozwiniętą neurastenię, artretyzm w nogach, chroniczny
katar organów oddechowych i hemoroidy. Częsta utrata krwi robi go bezsilnym i
niezdolnym do pracy. Gdy jest w domu, przy stosownym pielęgnowaniu, mógłby
pracować artystycznie. Moje warunki materialne są fatalne. Pensjonat nic nie
daje i obecnie musze się przenosić i szukać dachu nad głową. Po operacji, którą
przeszłam, nie podołam sama temu wszystkiemu, a on jedynie mógłby mnie w tym
wyręczyć i materialnie swoją pracą art.[ystyczną] wspomóc[4].
Generał zwalnia Witkiewicza do rezerwy w styczniu 1921 r. W maju 1922 otrzyma przydział mobilizacyjny do 5. Pułku Strzelców Podhalańskich w Przemyślu, w stopniu porucznika rezerwy, co zakończy jego karierę wojskową[5]. Jeszcze tylko w 1929 r. zapisze się do Związku Oficerów Rezerwy[6], a we wrześniu 1939 r. będzie bezskutecznie usiłował powrócić do służby czynnej, zgłaszając się do punktu mobilizacyjnego, skąd zostanie odesłany z uwagi na wiek i stan zdrowia.
Ewakuacja – żeby użyć znów terminu wojskowego – Witkiewicza z Krakowa wiązała się zapewne nie tylko z kwestiami zdrowotnymi i finansowymi. Jego romans z Zofią Żeleńską nie był wcale taki zabawny, jak powszechnie się o tym sądzi, powtarzając informacje o niezwykłej wprost tolerancyjności Tadeusza Boya-Żeleńskiego, skądinąd bliskiego przyjaciela i życzliwego krytyka twórczości Witkacego. Naturalnie, nie sposób się nie uśmiechnąć słysząc z ust prof. Janusza Deglera doskonale opowiedzianą anegdotkę o tym, jak to Boy zastawszy Witkiewicza w łóżku z Zofią miał powiedzieć:
- No, chodzisz do łóżka z moją żoną, dobrze, ale dlaczego ubrałeś moją piżamę?
Bardzo śmieszne. Ciekawe, kto tę opowiastkę wyniósł z sypialni? Kochankowie? Zdradzony mąż? A może ciekawska służąca?[7]
Zofia Żeleńska (1886-1956) była córką znanego w Krakowie lekarza internisty i profesora Wydziału Lekarskiego UJ Stanisława Pareńskiego i Elizy Mükleisen. Miała zaledwie 18 lat, kiedy wyszła za mąż za starszego o 12 lat pediatrę, Tadeusza Żeleńskiego. Ale jeszcze wcześniej unieśmiertelnił ją sam wieszcz Stanisław Wyspiański, opisując ją jako jedną z uczestniczek słynnego bronowickiego wesela Lucjana Rydla i kilkakrotnie ją portretując. Z obrazów spogląda na nas poważna, zamyślona brunetka o wielkich oczach i długich włosach. Najbardziej znany jej portret to wzruszający obraz z 1905 r., na którym piękna Zosia karmi piersią malutkiego Stasia – jedynego syna jej i Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Ale
równie interesujący jest jej wcześniejszy wizerunek literacki, uwieczniony w
Weselu. Jak wiemy, dramat
Wyspiańskiego oparty został na kanwie autentycznego wesela Lucjana Rydla i
Jadwigi Mikołajczykówny, które odbyło się w Bronowicach w 1900 r. Wśród gości ze
strony Pana Młodego najciekawszymi postaciami żeńskimi są niewątpliwie panny
Pareńskie – starsza, ironiczna, może nawet trochę cyniczna Maryna (flirtująca z
Poetą – Kazimierzem Tetmajerem: Przez pół
drwiąco, przez pół serio, bawi się pan galanterią… Ale gdzie ta, ale gdzie ta…
Pan poeta, pan poeta ) oraz młodziutka (wówczas czternastoletnia!) Zosia… To
jej każe autor już w drugiej scenie spotkać się z Dziennikarzem, który chwilę
przedtem „po pańsku” potraktował wójta Czepca. Dziennikarz, najwyraźniej
znudzony kiepsko rozkręcającą się zabawą, która go zresztą niezbyt interesuje,
zaczepia małolatę:
DZIENNIKARZ
Pani to taki kozaczek;
jak zesiądzie z konika, jest smutny.
ZOSIA
A pan zawsze bałamutny.
DZIENNIKARZ
To nie komplement, to czuję
i tego bynajmniej nie tłumię.
ZOSIA
Dobrze, że przynajmniej pan umie
zmiarkować, kiedy uczucie,
a kiedy salonowa zabawka ?
ale w tym razie...
DZIENNIKARZ
To sprawka
pani wdzięku, pani jest bardzo miła,
pani tak główkę schyliła...
ZOSIA
Prawda? Tak jakbym się dziwiła,
że mnie tyle honoru spotyka;
pan redaktor dużego dziennika
przypatruje się i oczy przymyka
na mnie, jako na obrazek.
DZIENNIKARZ
A obrazek malowany, bez skazek,
farby świeże, naturalne,
rysunek ogromnie prawdziwy,
wszystko aż do ram idealne.
ZOSIA
Widzę, znawca osobliwy.
DZIENNIKARZ
I czemuż pani się gniewa?
ZOSIA
Że pan jak Lohengrin śpiewa
nade mną jak nad łabędziem,
że my dla siebie nie będziem,
i po cóż tyle śpiewności?
DZIENNIKARZ
Oto tak, tak z rozlewności
towarzyskiej.
Zosia wzrusza ramionami na niezgrabne zaloty starszego pana i idzie tańczyć z drużbą Kasprem, który podchodzi do spraw konkretniej (Panienka się nie zgniewają, że ją lepiej gabne w pasie, ano Kaśka w sobie syrso), doceniając, że Zosia to Panienka se ta wesoła.
Trochę
później w rozmowie z Haneczką Zosia się rozmarza:
…chciałabym, żeby
się kto zjawił,
kto by mi nagle się spodobał,
żebym się jemu też udała
i byśmy równo na to przyśli.
Widzisz, takiego bym kochała,
i to tak bardzo,
bardzo, bardzo
[8]
Tadeusz Boy-Żeleński był także na owym weselu. Czy wtedy
równo na to przyśli? Znali się z
pewnością już wcześniej, a przyszły teść był profesorem Żeleńskiego podczas
uniwersyteckich studiów. Ślub odbył się cztery lata później, w podróż poślubną
Żeleńscy pojechali najpierw do Zakopanego, a potem – do Paryża, państwo młodzi
by
li
bardzo w sobie zakochani, wkrótce urodził się Staś, ale pan doktor nie był zbyt
długo statecznym mężem i ojcem. Jeszcze przed ślubem wzdychał wciąż do Dagny,
żony Stanisława Przybyszewskiego, która po krótkim romansie zostawiła go na
lodzie, a po ślubie – pojawiały się w życiu Żeleńskiego inne sprawy, inne
kobiety, inne priorytety. Zofia po pewnym czasie uznała, że życie jest
symetryczne i…
I wtedy ponownie w jej życiu pojawił się pan redaktor dużego dziennika. Ów dziennikarz z „Wesela” to także postać autentyczna: Rudolf Starzewski, z wykształcenia prawnik, ale całe życie związany z dziennikarstwem. Co prawda dopiero w pięć lat po bronowickiej fecie został naczelnym redaktorem dużego dziennika – krakowskiego „Czasu”, w którym podjął pracę zaraz po studiach. Zaprzyjaźniony z Wyspiańskim, należał do grona owej elity artystycznej i intelektualnej, której najwybitniejsi przedstawiciele znaleźli się w domu Mikołajczyków na weselu. To właśnie spod jego pióra wyszła pierwsza kompetentna recenzja po krakowskiej prapremierze sztuki w 1901 r. Opublikował ją w czterech odcinkach, naturalnie, „Czas”[9]. Starzewski w swej recenzji używa nieprawdziwych imion niektórych bohaterów – w przededniu premiery właśnie w drukarni „Czasu”, za sprawą matki „Pana Młodego”, Heleny Rydlowej i – z pewnością redakcji dziennika – wydrukowano afisze, będące częściowym kamuflażem, zmieniając imiona panien Pareńskich (Maryna została Klarą, a Zosia – Anielą) oraz siostry pana młodego (Hania Rydlówna została zmieniona na Krzysię)[10]. Intencją inicjatorki było chronienie czci młodych panienek… Starzewski, ponoć doskonały znawca tej części krakowskiej populacji, pomysł zaakceptował i wykorzystał w recenzji, skądinąd bardzo szczegółowej i entuzjastycznej[11].
Postać
Dziennikarza jest dla narracji Wesela
jedną z najważniejszych i niewątpliwie jest on potraktowany przez autora
najbardziej serio. O tym, że Rudolf Starzewski bardzo wziął sobie do serca rolę,
jaką przypisał mu w swoim dziele Wyspiański, świadczy i to, że wkrótce po tym,
jak został naczelnym „Czasu” (1905), co profetycznie przewidziała Zosia w
pierwszym akcie sztuki (pan redaktor
wielkiego dziennika), w jego gabinecie zawisła Matejkowski szkic,
przedstawiający Stańczyka, a obok – malowany przez Jacka Malczewskiego jego
własny portret w płaszczu z błazeńskimi dzwonkami i trzymanym w ręku kaduceuszem[12].
Po kilku latach życie dopisało ciąg dalszy sztuki, w której Stanisław Wyspiański
zawarł i taki dialog:
ZOSIA
Pan skąd się tu bierze?
DZIENNIKARZ
Ja się patrzę, lubię i nie wierzę,
za to wierzę w panią.
ZOSIA
Za co?
DZIENNIKARZ
Za tę minkę, oczy, gest.
ZOSIA
Podobam się?
DZIENNIKARZ
W tym coś jest.
Niewątpliwie, Zosia podobała się Starzewskiemu i wkrótce – jeszcze przed pierwszą wojną[13] - zostali kochankami, mimo iż – dość nietypowo – przyjaciel domu był o cztery lata starszy od męża… Romans trwał bez przeszkód ze strony Żeleńskiego, który zresztą był ze Starzewskim zaprzyjaźniony, co więcej – związany zawodowo, bo to właśnie redaktor „Czasu” zatrudnił Boya jako stałego recenzenta i komentatora swojej gazety, co pozwoliło mu porzucić nielubianą pracę pediatry i zająć się wyłącznie literaturą. Trójkąt ów szczęśliwie przetrwał wojnę, podczas której Starzewski był – trochę z przypadku – działaczem Naczelnego Komitetu Narodowego, ale potem sprawy potoczyły się w nieco innym kierunku.
W 1918 r. w Krakowie po raz pierwszy po wojnie pojawił się Stanisław Ignacy Witkiewicz, znający się z Żeleńskimi najprawdopodobniej z czasów „Zielonego Balonika”. Kiedy dokładnie się poznali – nie rozstrzyga nawet monografistka małżeństwa Boyów, Barbara Winklowa.[14] Ale wcześniej kontakty z tą rodziną miała matka Witkacego: przecież Maria Witkiewiczowa była uczennicą kompozytora Władysława Żeleńskiego, ojca Boya! W okresie I wojny światowej, kiedy syn Żeleńskich, nastoletni Stanisław (w przyszłości znany aktor) zaczął sprawiać kłopoty wychowawcze – umieszczono go w prywatnej szkole z internatem w Zakopanem, pod (dość luźną) opieką Witkiewiczowej. Staś i tu nie chciał się uczyć, uciekał na spektakle teatralne do Krakowa, a nawet Warszawy, w końcu jednak uległ namowom rodziców i gimnazjum skończył.
Po
śmierci swojej matki (24 lutego 1918) Zofia Żeleńska, w kiepskim stanie
psychicznym, zaczęła bywać w Zakopanem. Latem tego roku, prawdopodobnie wkrótce
po powrocie Witkiewicza z Rosji, poznali się bliżej. Barbara Winklowa
przypuszcza, że spotkali się już wcześniej, przed wojną, w salonie Pareńskich i
u Chwistków. Ale wówczas, w Zakopanem, znalazła w nim idealnego partnera – do
rozmów o sztuce, filozofii i astronomii, do alkoholu i narkotyków, oczywiście do
wycieczek górskich[15].
Zofia prawdopodobnie mieszkała w willi Halka p
rzy
ul. Zamoyskiego (dziś: Zamoyskiego 34),
która należała do Tadeusza Żeleńskiego i od 1918 r. pensjonat prowadziła w niej
Maria Bilińska. Tutaj też mieszkał ich syn, Stanisław, w czasie pobytu w
Zakopanem[16].
Zapewne tam było pierwsze miejsce spotkań Zosi i Witkiewicza.
Wysoki, przystojny, młody – tylko o rok starszy od Zosi. Wyjął ją jak chciał, bez najmniejszego problemu. Mimo tego – a może dzięki temu z Boyem przyjaźnił się również, chodzili razem do teatrów, restauracji, a nawet… na seanse spirytystyczne[17]. Inna rzecz, że była to taka przyjaźń jak opisywana w Weselu między Panem Młodym z Żydem: my jesteśmy tacy przyjaciele, co się nie lubią. Gdy jesienią 1920 r. zamieszkał w ich krakowskim domu – Zofia dość szybko została jego niemal oficjalną kochanką.
Nie wiemy, czy zerwała z dotychczasową miłością, Rudolfem
Starzewskim, czy redaktor dowiedział się o nowym związku od osób „życzliwych”.
Próbował się jakoś pogodzić z faktem, że jego miejsce u boku pięknej Zosi z
Wesela zajął młodszy o piętnaście lat
inny przyjaciel jej męża. Swoim zwyczajem szukał pociechy w ramionach innej
kobiety – ale tym razem nie pomogło. Nawet ubiegał się o rękę Janiny Rewilak,
młodszej od Zosi o jedenaście lat, a od niego o dwadzieścia siedem – ale ojciec
dziewczyny nie chciał słyszeć o związku córki z podstarzałym bawidamkiem i
wyrzucił go z domu[18].
Ona jednak nadal utrzymywała z nim kontakty i to właśnie owa niedoszła
narzeczona 22 października 1920 r. w jego krakowskim mieszkaniu na rogu ulic św.
Krzyża i św. Marka, na zapleczu redakcji „Czasu” znalazła jego zwłoki.
Dziennikarz z Wesela, współczesny
Stańczyk, polityk, hulaka, bawidamek i bywalec najlepszych salonów zmarł, niemal
dokładnie w rocznicę związania się „jego” Zosi z Witkacym. Dziś większość źródeł
utrzymuje, że było to samobójstwo[19].
Jego
własna gazeta wiadomość o śmierci redaktora podała 24 października 1920 w
wydaniu porannym, jako przyczynę śmierci podając atak
serca[20]:
Jeszcze cały wczorajszy dzień spędził śp.
Starzewski przy biurku redakcyjnym (…) Rano po obudzeniu uczuł się słabym, a
niebawem przyszła śmierć nagła, cicha, spokojna. Nie wiadomo skąd redakcja
wie o tym, jak poczuł się Starzewski po obudzeniu, bo mieszkał sam.
Konkurencyjna „Nowa Reforma”[21]
informuje o śmierci redaktora „Czasu” w tym samym dniu, ale dopiero na trzeciej
stronie, w ogóle nie podając przyczyny śmierci, natomiast podobnie jak „Czas”
myląc jego miejsce urodzenia (oba pisma podają Kraków, podczas gdy rzeczywiście
urodził się w Tarnowie). „Ilustrowany Kurier Codzienny”[22]
pisze o porażeniu serca, jako
przyczynę sugerując przepracowanie. „Głos Narodu”[23]
również nie podaje przyczyn, pisząc tylko o śmierci nagłej, po krótkich
cierpieniach.
Gdyby istotnie było to samobójstwo - nie można by się dziwić redakcji konserwatywnego „Czasu”, że zamiotła pod dywan sprawę przyczyn śmierci swego redaktora, uważanego przez wielu – także w środowiskach o innych przekonaniach politycznych – za symbol ładu, porządku i praworządności. Solidarność zawodowa być może nie pozwoliłaby na ujawnienie prawdy przez inne pisma. Kościół także wolałby o niczym nie wiedzieć – a pogrzeb Starzewskiego (24 października 1920, na Cmentarzu Rakowickim) zgromadził „cały Kraków” – z licznymi przedstawicielami arystokracji, świata polityki, teatru i oczywiście dziennikarzami[24]. Ale o sprawach uczuciowych Starzewskiego od dawna mówił cały Kraków, stąd też hipoteza, iż to załamanie się uczucia długoletniej kochanki było przyczyną jego samobójczej śmierci niewątpliwie krążyłaby w środowisku artystycznym. Czy prawdę znała Zofia Żeleńska? Czy Stanisław Ignacy Witkiewicz był świadom, że na jego drodze życiowej pojawił się cień cmentarnego krzyża kolejnej osoby, która z jego powodu odebrała sobie życie?
Nigdy o tym nie wspominał. A wiemy przecież, że sprawa
Starzewskiego musiałaby u Witkacego wywołać ducha Jadwigi Janczewskiej.
Tymczasem o wydarzeniu tym, a nawet o samym Starzewskim nie wspomina nic w
żadnym z opublikowanych dotąd listów. Co więcej – przywoływ
ane
przez Krystynę Zbijewską w „Dzienniku Polskim”[25]
opowieści Anieli Starzewskiej - szwagierki Rudolfa i samej Janiny Rewilak są
całkowicie pozbawione konkretów. Nie wiemy nawet, jakiego rodzaju śmierć miałby
sobie redaktor „Czasu” zadać: zastrzelił się? otruł? powiesił? K. Zbijewska
pisze też, że o samobójstwie Starzewskiego wspominał prof. Karol Estreicher, ale
nie podaje gdzie wspomnienie takie było ogłoszone. Ja znam tylko wzmiankę o tym
fakcie w biografii Chwistka, która brzmi:
Starzewski żywił dla Boya gorącą przyjaźń także z powodu uwielbienia, jakim darzył jego żonę, piękną panią Zofię. Głęboko odczuł, niczym niedoświadczony młodzieniec, gdy u Żeleńskich na Krupniczej zamieszkał Witkacy, młody i pewny siebie w postępowaniu. Nie mógł przeżyć tego i wielu innych zawodów[26]. „Nie mógł przeżyć” – to nie musi oznaczać, że się zabił. Choć oczywiście wykluczyć tego nie można. Ale trudno mi uwierzyć w to, że w Krakowie żaden ze świadków – przyjaciółka, rodzina, lekarz, grabarz, koledzy z redakcji – nie „puściłby farby” przez tyle lat.
Notabene, rok po opisywanych wydarzeniach kuzynka Jadwigi
Unrug, późniejszej żony Witkacego, Magdalena Kossakówna (znana jako Magdalena
Samozwaniec, 1894-1972) wyszła za mąż za bratanka Rudolfa – Jana Starzewskiego
(1895-1973), cenionego dyplomatę i ministra straw zagranicznych rządu
londyńskiego. To małżeństwo rozpadło się zaledwie po trzech latach[27]…
Związek z Zofią przetrwał ten dramat, choć po pewnym czasie – tak jak to zwykle bywało w życiu Witkacego – namiętna miłość przekształciła się w przyjaźń i współpracę. Jej pierwszym efektem było 31 czerwca 1921 wystawienie – za wstawiennictwem Boya, a zwłaszcza Zofii Żeleńskiej – sztuki Witkiewicza Tumor Mózgowicz w krakowskim Teatrze Miejskim im. J. Słowackiego, w reżyserii Teofila Trzcińskiego – i oficjalna dedykacja sztuki dla Żeleńskich. Im także w 1927 r. dedykował swoją najbardziej znaną powieść – Pożegnanie jesieni. Poza tym Zofii dedykowana jest sztuka Mątwa z 1922 r. oraz tzw. główniak, czyli podstawowe dzieło filozoficzne Witkacego Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia (wydane w 1935 r.).
W lipcu 1922 r. Boyowie przenieśli się na stałe do Warszawy. Witkiewicz nadal odwiedzał ich często, niekiedy wspólnie z Zofią uczestniczył w wernisażach wystaw, brał udział w uroczystościach domowych. Później usiłował do tej znajomości zaangażować także żonę, z mizernym skutkiem: związek uczuciowy Stanisława Ignacego z Zofią – jak się zdaje, w pewnym, platonicznym już zakresie trwający nadal - był dla niej trudny do zaakceptowania. Żeleńska jednak w dalszym ciągu mu pomagała, robiąc korekty jego artykułów i innych prac, przepisując je na maszynie, czy pośrednicząc w kontaktach z teatrami. Boy wciąż popierał jego twórczość dramatyczną, będąc w tym nierzadko zupełnie osamotniony. A w latach 30-tych Witkacy przyłożył rękę do antyboyowskiej kampanii prowadzonej w Warszawie przez katolicką prawicę, zarzucając przyjacielowi niepotrzebne angażowanie się w kwestie społeczne i w działalność przekładową, przy jednoczesnym dystansowaniu się od literatury współczesnej[28]. To, jak się wydaje, zamknęło okres wieloletniej bliskiej znajomości.
[1] List do
L. Reynela,
Listy I,
s. 438. Operacja się udała i matka żyła jeszcze
kilka lat we względnie dobrym stanie zdrowia,
które zaczęło się pogarszać dopiero 10 lat
później.
[2] K.
Dubiński,
Nieznane witkacjana (IV). Sztuka” 1987, nr
5, s. 52
[3] Pismo
S.I. Witkiewicza do Dowództwa Okręgu Generalnego
w Krakowie z listopada 1920, J. Degler,
Witkacego
portret…z. 24
[4] K. Dubiński, Nieznane witkacjana (V). Sztuka” 1987, nr 6, s. 49
[5] J.Degler.
Witkacego… s. 41
[6] Ibidem, s. 72
[7] Janusz Degler w liście do mnie pisze, że po raz pierwszy anegdotę o piżamie słyszał od Haliny Kenarowej, cytującej opowieść swego pierwszego męża, Bolesława Micińskiego, zaprzyjaźnionego ongi z Witkacym.
[8] Cytaty z
Wesela
wg wydania Agencji Wydawniczej „Morex”, Warszawa
1994.
[9]
R. Starzewski,
Z teatru.
„Wesele”, dramat w 3 aktach Wyspiańskiego,
„Czas” nr 65 z 19 marca 1901, s. 1; nr 66 z 20
marca 1901, s. 1; nr 67, z 21 marca 1901, s.
1-2; nr 69 z 23 marca 1901, s. 1, nr 70 z 26
marca 1901, s. 1-2. Po publikacji w prasie
recenzja Starzewskiego wyszła drukiem jako
osobna broszura.
[10]
Włodzimierz Kalicki,
16 marca
1901. Tylko bez nazwisk! „Gazeta Wyborcza”,
nr 63 dodatek – Duży Format, 18 marca 2011.
[11] Nieco
inne aspekty tego kamuflażu opisuje inny
uczestnik i wesela i spektaklu
Wesela
– Tadeusz Boy-Żeleński, w artykule
Podwójny
afisz „Wesela”, „Wiadomości Literackie” nr
48 (256), s. 1, z 25 listopada 1928.
[12]
Krystyna
Zbijewska, Tragiczny
Dziennikarz, „Dziennik Polski”, 15 marca
2001.
[13] Barbara
Winklowa,
Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy, Kraków
2001, s. 55
[14] ibidem.
[15] Ibidem,
s. 74:
Był to piękny mężczyzna, pozbawiony skrupułów,
łamiący wszelkie konwenanse, i co istotne –
rówieśnik, z którym można było mówić o
malarstwie, literaturze, filozofii, astronomii i
kosmosie, ale też razem pić i zażywać pejotl
(narkotyk znany dziś pod nazwą meskalina), i
wreszcie biegać po górach… Z tym peyotlem to
przesada: Witkacy eksperymentował z tym
narkotykiem dopiero od 1928 r., por. S. I.
Witkiewicz,
Narkotyki.., s. 119; Tomasz Pawlak,
Medialna
diagnoza, w: witkacologia.pl, lipiec 2014.
[16] B. Winklowa, Boyowie…, s. 84, przypis.
[17] S. Koper,
Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej,
Warszawa 2009, s. 132:
30
sierpnia 1919 roku wyłoniono zjawę drapieżnego
ptaka, co poświadczyli tacy niedowiarkowie jak
Tadeusz Boy-Żeleński i Stanisław Witkiewicz
(prywatnie kuzyn Piłsudskiego).
[18] Daria Galant, Młodopolski wieczny narzeczony, w: „Wyszkowiak” nr 13 z 29 marca 2011, s. 10
[19] Krystyna Zbijewska, Tragiczny Dziennikarz, „Dziennik Polski”, 15 marca 2001
[20]
Ś.p.
Rudolf Ostoja Starzewski, „Czas” nr 253, z
24 października 1920, s. 1 i 3.
[21]
+ Rudolf
Starzewski, „Nowa Reforma” nr 253, z 24
października 1920, s. 3
[22] Ś.p. Rudolf Starzewski, „Ilustrowany Kurier Codzienny” nr 292, z 24 października 1920, s. 6
[23] +
Rudolf
Starzewski, „Głos Narodu” nr 253, z 24
października 1920, s. 2.
[24]
Pogrzeb
ś. p. Rudolfa Starzewskiego, „Czas” nr 255,
z 27 października 1920, s. 2
[25] Krystyna Zbijewska, Tragiczny Dziennikarz…
[26] K.
Estreicher,
Leon
Chwistek. Biografia artysty, Kraków 1971, s.
172
[27]
Zuzanna
Ducka-Lubas,
Magdalena
Samozwaniec. Pierwsza dama polskiej satyry,
„Nowy Dziennik”, Nowy Jork 25 lipca 2014.
[28] B. Winklowa, op.cit., s. 130-131