Maciej Pinkwart
Tunezja - kilka dni, kilka fotek
30-31 X 2013
Przedostatni dzień pobytu przeznaczyliśmy na leniwe leżenie na plaży, ostatnie kąpiele wśród srebrzystych rybek i wsłuchiwanie się w głos muezina, nawołującego do modlitwy. Po modlitwie o 12-tej chcieliśmy jechać do miasta na zwiedzanie ostatnich zabytków i ostatnie zakupy. Pogoda była niepewna, pochmurno, chłodniejszy wiatr, więc wstrzymywaliśmy się na razie z kąpielą.
O 9.30 usłyszeliśmy wybuch i zobaczyliśmy wolno wznoszący się ku niebu czarny obłok dymu. Od razu pomyślałem, że przed pobliskim hotelem "Rijad Palm" doszło do zamachu terrorystycznego. Początkowo nie ruszamy się z leżaków, bo wiemy, że największe niebezpieczeństwo jest w chwilę po pierwszym wybuchu: gdy zbiegną się ludzie ze służb i gapie - drugi zamachowiec odpala następny ładunek, już skuteczniejszy... Ale jest cisza, na plaży przed "Rijadem" tłumek gęstnieje, lecz nie widać ani mundurów żołnierzy czy policji, ani lekarzy. Na mieście słuchać za to coraz więcej sygnałów karetek czy wozów policyjnych. Wzdłuż plaży, także "naszej", zaczynają jeździć patrole na quadach - najpierw wojskowe, potem też policyjne. Nurek przy brzegu sprawdza pod wodą, czy nie ma w niej następnych ładunków wybuchowych. Słyszymy z rozmów, jakie ochrona (natychmiast wzmocniona o kilka osób, a wydaje się nam, że i od rana silniejsza, więc może mieli jakiś "przeciek") prowadzi z gośćmi, że zginął zamachowiec i tylko on. Po jakiejś pół godzinie powoli sytuacja wraca do normy. Koło "Rijadu" na boisku ludzie zaczynają grać w piłkę plażową. Jest trochę cieplej, więc pojawiają się pierwsi pływacy. Sprzedawcy owoców, gąbek i chust tylko chodzą szybciej i ochrona nie pozwala im zatrzymywać się przed turystami. Cholera wie, co tam jest pod stertą muszli ślimaków... Ale business as usual...
W tej sytuacji zaraz po południowym muezinie schodzimy z plaży. W recepcji nie ma żadnych informacji. Patrzymy w Internecie - główne agencje już podały nieco szczegółów, jeszcze więcej spekulacji. Okazuje się, że w tym samym czasie służby udaremniły inny zamach, w Monastirze, przed mauzoleum Habiba Burgiby. Potem sprawdzamy internetową stronę polskiego MSZ i dowiadujemy się, że zalecają nam nie opuszczanie stref turystycznych. No, pewno dlatego, że zamach był w centrum strefy turystycznej: w dzielnicy hotelowej i na hotelowej plaży...
Z trudem zatrzymujemy taksówkę, ale w końcu się udaje i za tradycyjne 3 dinary jedziemy w miasto. Najstosowniejszym, a na pewno najbezpieczniejszym miejscem w tej sytuacji wydają się miejskie katakumby. Fenickie, potem wczesnochrześcijańskie, z natury rzeczy spokojne, chłodne, skłaniające do refleksji. Tak też jest w istocie, przy czym pierwszą refleksją jest to, że nie ma po co tu przychodzić. Spośród pięciokilometrowych podziemnych tuneli udostępnionych jest może coś koło 300 metrów, tylko dwie nisze są odsłonięte i za szkłem widać chude kosteczki, pozostałe miejsca z urnami są zamurowane. Co prawda przewodnik, wyłaniający się jak duch z latarką z bocznych korytarzy, proponuje nam wejście na odcinek poza trasą, ale uprzejmie dziękujemy. Opuszczamy strefę gościnnych nieboszczyków i wracamy piechotą do miasta, kierując się do Kazby. Nieco ponad kilometr spaceru pozwala na dalsze refleksje.
Suza to stare miasto: założone przez Fenicjan ok. 1100 r. p.n.e. jako Hadrumetum, konkurowało skutecznie z Kartaginą, wkrótce też zaczęło lgnąć do Rzymu i w czasie wojen punickich (264-146 p.n.e.) sprzymierzyło się z cesarstwem, czerpiąc z tego spore korzyści, a przede wszystkim unikając losu Kartaginy, tj. całkowitego zniszczenia. Podbili je - też bez większych strat - Wandalowie w 434 r. n.e., ale po stu latach zostali wypędzeni przez wojska cesarza Justyniana. W II połowie VII w. Arabowie błyskawicznie zajmują północną Afrykę, w tym i nasze miasto, które w tym czasie nazywa się Justiniana. To oni nadają mu przejętą ponoć od Berberów nazwę Susa, którą po latach zaadaptują na swoje Francuzi, gdy opanują główne kraje Maghrebu, w tym Tunezję. Był czas, że Suza była stolicą całego regionu, potem rolę tę przejęła Mahdia, a wreszcie Tunis. Zawsze była dobrze prosperującym i bogatym miastem, co zawdzięczała swojemu położeniu i okolicy. Suza to przede wszystkim miastu handlu, pełnomorskich portów i ostoja dla okolicznych regionów rolniczych, gdzie hoduje się oliwki (2.500 km2 gajów) i daktyle, uprawia zboże i warzywa. Dziś działa tu także przemysł tekstylny, chemiczny i oczywiście turystyczny: 40 tysięcy miejsc noclegowych jest wykorzystywanych rocznie przez ok. 1.200.000 gości. Z satysfakcją odnotowuję, że to co najmniej o połowę mniej, niż bywa w Zakopanem.
Dodam jeszcze, że czasem nazywa się Suzę stolicą Sahelu, ale koniecznie tu trzeba dodać - Sahelu tunezyjskiego, bo pamiętamy (?) ze szkoły, że Sahel to półpustynny pas, rozciągający się w poprzek Afryki na południe od Sahary, dzielący tę pustynię od dżungli podrównikowych. Tunezyjski Sahel to równina między morzem a Saharą, dość dobrze nawodniona i o stosunkowo łagodnym klimacie. Plus 28 latem w cieniu to przecież miły chłodek, prawda?
Kazba suzyjska znajduje się na skraju mediny i jest w doskonałym stanie jak na staruszkę w tym wieku: wybudowano ją w 850 roku. Mieści się tam dziś Muzeum Archeologiczne ze zbiorami głównie z czasów rzymskich, ale także fenickich i późniejszych. Większość z nich to przepiękne mozaiki.
Wieczorem, mocno zmęczeni tym "wypoczynkowym" dniem, robimy zakupy na suku i w okolicznych sklepach, na koniec odmawiając uparcie nagabującym nas taksówkarzom, piechotą wracamy do "Marabuta". Jest cicho i spokojnie, tylko od czasu do czasu przejeżdża na sygnale jakiś patrol wojskowy, bardziej na postrach czy dla efektu, niż z potrzeby.
Ostatniego dnia mamy zbiórkę o 13-tej, więc rano kąpiemy się w morzu po raz ostatni i suszymy na plaży. Ostre słońce wciąż opala, a my przypominamy sobie prognozę sprzed wyjazdu, głoszącą, że 31 X będą deszcze, burze i ochłodzenie. Śmieszne.
Nie bardzo. Gdy przed 16-tą wsiadamy do samolotu, widzimy pół nieba zaciągnięte na czarno. Zaczyna się błyskać. Pilot pogania, by prędko zajmować miejsca, bo jak nie wystartujemy zaraz, to burza nas zatrzyma na lotnisku. Nie wystartowaliśmy i obserwujemy przez kilkanaście minut ulewę, pioruny i burzę piaskową, ciągnącą od południa. Potem wszystko się uspakaja, startujemy, chmury odchodzą nad Saharę, a my widzimy morze, wyspy, Italię... Nad Warszawą niebo pełne gwiazd, plus pięć stopni. W plecaka wychodzi koszula z długim rękawem, sweter, kurtka, chusta. Home, sweet home...
|
Kilka minut po wybuchu - pełna dezorientacja i chaos |
Tu już widać, że tajniacy opanowują sytuację |
Przez plażę zaczynają jeździć quady z patrolami |
|
Jeden z nielicznych lokatorów Katakumb, uśmiechający się do gości |
Bloki mieszkalne w południowo-wschodniej dzielnicy Suzy |
Potężne mury Kazby kryją muzeum archeologiczne |
|
Mozaika morska |
Człowiek i natura |
Głowa Gorgony, nazywanej też Meduzą |
|
Wizerunki masek teatralnych |
![]() Korytarz na piątym piętrze "Marabuta" kojarzył mi się z "Lśnieniem" Stephena Kinga... |
![]() Burza zatrzymuje nas na lotnisku Enfidha |