Maciej Pinkwart
Tunezja - kilka dni, kilka fotek
28 X 2013
Dzień zapowiadał się ulgowo, bo bez wyjazdów. Przedpołudnie na plaży. Niby hotelowa, ale dostępna dla wszystkich, którzy wchodzą na nią od strony piasku. Sporo ludności miejscowej. W Tunezji tak jak w Maroku widać coraz więcej luzu w stylu bycia i ubiorze i jak się wydaje - mimo sprawowania władzy przez partie islamistyczne - coraz bardziej akceptowana jest różnorodność, co przejawia się w tym, że w mieszanych towarzystwach jedne dziewczyny noszą hidżab, inne nie, zdarzają się kobiety w nikabach i zakrywających całe ręce rękawiczkach, swobodnie plotkujące z dziewczynami w dżinsach i obcisłych bluzkach. Może się mylę, ale dla mnie hidżab wydaje się bardzo seksowny, zwłaszcza, że opakowane weń kobiety mają prawie zawsze przepiękne, ładnie umalowane oczy i paznokcie, czasem też usta. Te bez hidżabu eksponują długie, ciemne włosy. W morzu spotyka się muzułmanki w bikini i muzułmanki w pełnym stroju. Wiek i figura zdaje się też mają tu znaczenie...
Po południu piechotką do miasta, trasą przez park miejski, koło dworca kolejowego i autobusowego na medinę. Wielki meczet już zamknięty (giaurzy mogą go oglądać w środku tylko do 15-tej), ale zwiedzamy miejscowy ribat. Znów trzeba się przeciwstawiać popularnemu błędowi, powtarzanemu przez prawie wszystkie polskie przewodniki, Wikipedię i inne źródła wiedzy i "wiedzy", utrzymujące, że ribat to "ufortyfikowany klasztor islamski". Otóż nie istnieją w islamie klasztory w takim rozumieniu, jakie obowiązuje w chrześcijaństwie. Rozstrzygnijmy to w oparciu o Święty Koran, który w Surze Al-Hadid - LVII, werset 27, mówi o ludziach, którzy praktykują stan zakonny, choć Allah im go nie przepisał. W komentarzu powołującym się na tradycję islamską czytamy: La rahbanijja fi'l-islam, czyli nie ma stanu zakonnego w islamie. Natomiast - zwłaszcza w odłamach sufickich - pojawiały się bractwa świeckie, praktykujące wspólne modły, a nawet mistycyzm (znani choćby tzw. tańczący derwisze). Byli także pustelnicy i inni "święci mężowie", oddający się modlitwie i kontemplacji - choćby otoczeni swojego rodzaju kultem marabuci, nauczyciele islamu w krajach Magrebu, wokół których często gromadzili się uczniowie i wyznawcy, niekiedy uzbrojeni. Takie są początki ribatów. Samo słowo po arabsku oznacza schronienie, ostoję, nawet gościniec. Ribaty, które jako pierwsze zaczęto budować właśnie w północnej Afryce od IX w. gromadziły zatem początkowo świeckich obrońców islamu, także obrońców muzułmanów, potem ochotników i zaciężnych żołnierzy broniących ważnych miejscowości lub strategicznych czy handlowych dróg.
Na zewnątrz wygrzewają się koty, w środku prawie pusto. Trzeba kupić bilet wstępu wraz z prawem do fotografowania, i potem na szczęście łazi się już samemu, bez wyłudzających opłaty przewodników. Kilkupiętrowe mury obronne wyglądają bardzo solidnie, wąskie okna strzelnic i otwory, w których umieszczone były katapulty przypominają o obronnym charakterze miejsca. Nad całością góruje wieża obronna o wyglądzie donżonu, przy wejściu której siadam i piję ciepłą wodę mineralną. Z wąziutkiego wejścia wyłania się zażywny Anglik, który z własnej inicjatywy ostrzega mnie:
- Seventy four steps, beware...
Darowuję sobie.
Potem łazimy po medinie, coraz wyżej i wyżej, aż znajdujemy prywatne muzeum w Domu Bogatego Urzędnika - Dar Essid. Świetnie urządzone, w charakterze niewielkiego pałacyku z ładnym wnętrzem z XIX i XX w. , z niewielką wieżą, z której roztacza się rozległy widok na medinę i port. Powrót połączony z zakupami.
|
Miss mokrego podkoszulka? |
W parku miejskim |
Przed wejściem do ribatu |
|
Jedna z wielu wież na medinie |
Patio w Domu Urzędnika |
Spiżarnia - towary sypkie i płynne przechowywano w glinianych pitosach |
|
Wystój wnętrza jednej z sypialni |
Salonik pamiątek rodzinnych |
Telefon w hollu koło łazienki |
|
Sypialnia drugiej żony |
Widok z wieży w stronę portu |
Wieczorem na medinie |