Maciej Pinkwart

Minojczycy

Odcinek 4

 

TUTAJ odcinek 1

TUTAJ odcinek 2

TUTAJ odcinek 3

 

Spotkanie z pradziadkami

 Nasza rezydencja na najbliższe dni nazywa się „Kato Stalos Beach”. Kato to po grecku „dolny”, Stalos to nazwa miejscowości w pobliżu, a beach – wiadomo. Jadąc od Chani w stronę Kissamos mijamy więc najpierw miasteczko Kato Stalos, potem mijamy tablicę ogłaszającą, że oto wjeżdżamy do kurortu Agia Marina, święta Maryna - jak ją nazywamy, no i kilkaset metrów za tą tablicą jest nasz pensjonat, odwołujący się w nazwie do sąsiada… Byliśmy tu dwa lata temu i podobało się nam to, że dom jest wybudowany niemal wprost na plaży, że dla gości pensjonatu leżaki i parasole są za darmo i że jest spokojnie i sympatycznie. Rankiem 17 września 2018 budzimy się w pokoiku identycznym, jak za poprzedniego pobytu – też na parterze, tylko po przeciwnej stronie korytarza. Taki sam rozległy balkon, taki sam widok na morze przez krzaki i drzewa, taki sam cieknący prysznic w łazience…

Tylko pogoda inna. Fale większe niż na Bałtyku, silny wiatr, porywający drobiny piasku i szarpiący parasole, no i co tu dużo gadać – dość chłodno, jak na Kretę. W dodatku pędzące po niebie buroszare chmury nie dają żadnej nadziei na spokojne opalanko. Ale znamy Kretę na tyle, że wiemy, iż jeśli na północy wyspy Morze Kreteńskie odstrasza niepogodą i temperaturą, to na południu nad Morzem Libijskim bankowo jest piękne słońce i upał. Pakujemy się i idziemy do auta, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.

A punciak nie chce odpalić. Na wszelki wypadek odsuwam się aż pod przepiękną bugenwillę rosnącą przy wejściu do pensjonatu, bo w takim momencie pożytek ze mnie żaden: jeśli mniej więcej wiem jak jechać i jak obsługiwać działający samochód, to jak naprawić nie działający nie mam pojęcia. Michał próbuje tak i siak, doradza mu Renata, która zna się na wszystkim, a na samochodach w szczególności, wreszcie do punta podchodzi nasz gazda, Sofoklis Ktistakis – właściciel „Kato Stalos Beach”, który akurat z kawką w ręku przechodził opodal. Ma chyba tyle lat co ja, ale o wiele więcej empatii, nie mówiąc już o znajomości samochodów. Po chwili obaj z Michałem odkrywają banalną przyczynę – fiacik ma zablokowaną kierownicę, po włożeniu kluczyka należy ją przekręcić delikatnie i silnik odpala. Sofoklis wraca do kawki, ja wsiadam do samochodu, jedziemy najpierw na wschód.

Mijamy Chanię po obwodnicy i dojeżdżamy do Kaliwii, gdzie skręcamy w prawo, na południe. Droga biegnie zboczami jednego z dwóch najważniejszych masywów górskich Krety – Gór Białych. Jest coraz wyżej, coraz chłodniej i coraz słoneczniej. Widać, że wjechaliśmy do części Krety, nazywanej Sfakia, bo dowodzą tego specyficzne obrazki – stojące przy szosie znaki drogowe są pełne dziur od kul. To ulubiona rozrywka tutejszych mieszkańców, tak popularna, że aż tolerowana, a nawet wykorzystywana w reklamie: postrzelane znaki są nawet na reklamowych koszulkach, które można kupić w głównym tutejszym porcie, Chora Sfakion. Wspinamy się na wysokość prawie 850 m, po czym zjeżdżamy i mając po lewej stronie przepiękny i głęboki wąwóz Impros jedziemy w stronę coraz bliższego wybrzeża Morza Libijskiego. Dwadzieścia agrafkowych zakrętów sprowadza nas – dzięki talentowi Michała – bezpiecznie na dół. Tym razem nie kierujemy się do podgórskiego portu Chora Sfakion – będziemy tam za parę dni – tylko skręcamy w lewo i po dziesięciu kilometrach zatrzymujemy się z niewielkiej, ale historycznej osadzie Frango Castello. Byłem tu podczas swego pierwszego pobytu na Krecie, było przyjemnie z jednym wyjątkiem – na położonej obok średniowiecznego zamku plaży wytrzymaliśmy mniej więcej 10 minut, po czym uciekliśmy przed wiatrem, który masakrował nas siekąc drobniutkim piaskiem, który z siłą tarczy szlifierskiej zajmował się naszymi ciałami, spragnionymi słonecznego odpoczynku. Teraz wytrzymujemy jeszcze krócej, bo i wiatr jest silniejszy. Odnoszę wrażenie, że dotarł do nas meltemi, grecki monsun, o charakterze podobnym do francuskiego mistrala – wieje z północy, jest dość chłodny i powoduje niemal sztormowe fale od Morza Egejskiego, na południu zaś miecie piaskiem jak na Saharze. Słońce owszem, jest, niebo bez chmurki, ale wiatr od wiejący od Lefka Ori, Białych Gór wygania nas z powrotem do samochodu. Wrócimy tu jeszcze po paru dniach już z sukcesem plażowym i wtedy napiszę więcej o tym miejscu. Dziś z przyjemnością zostawiamy za sobą zamek – Castello, z którego zachowały się tylko ściany zewnętrzne, a którego nazwa upamiętnia budowniczych: jak to w Grecji, mamy na różnych mapach i na różnych tablicach informacyjnych oboczności nomenklaturowe: Frango, Frago i Franco Castello. Chodzi o Franków, jak nazywano krzyżowców, pochodzących przeważnie z Francji, którzy mieli postawić tu pierwszą twierdzę, następnie rozbudowaną i utrzymywaną przez Wenecjan.

Ruszamy więc w pogoni za słońcem i dobrą plażą dalej na wschód, by po blisko 20 kilometrach zjechać z górskiej szosy do sporego kurortu Plakias. Jedziemy wzdłuż plaży do najbardziej wysuniętego na wschód miejsca parkingu, usytuowanego tuż przy morzu – w nadziei, że wysoka góra ograniczająca tu zatokę Plakia osłoni nas od wiatru. Po Frango Castello mamy wrażenie, że powiewa tu tylko lekki zefirek, a o tym żeśmy byli przesadnymi optymistami przekonamy się dopiero po powrocie do pensjonatu, kiedy nie będziemy w stanie pozbyć się drobniutkiego piasku z włosów i wszystkich części garderoby – nawet tej, zamkniętej w samochodzie…

Tłok niewielki, plaża przyjemna, morze powoli schodzi w głąb, tak że aby się zanurzyć po szyję, trzeba się nieźle naspacerować w stronę Afryki. Rozbijamy obóz w standardowej części plaży. Wschodnią część, pod górą, zajmuje plaża nudystów, okupowana przez osoby w wieku przed- lub poemerytalnym. Między „nimi” a „nami” jest strefa buforowa, zajmowana przez panie opalające się topless, które - jeśli mój starczy wzrok mnie nie oszukuje – zdecydowanie nie powinny tego robić. Od czasu do czasu przez strefę buforową na naszą stronę przechodzi nudysta emeryt, wykonujący rozmaite ćwiczenia na rozciąganie mięśni. Zdaje się, że rozciąganie nie na wiele pomaga, albo rozciąganiu ulega nie to co ważne, bo pan zupełnie nie wzbudza zainteresowania poza pełną współczucia uwagą: ależ mu TAM nawieje tego piachu…

No dobrze, wykąpaliśmy się, pora na opalanie i uświadomienie sobie, gdzie to jesteśmy. Nazwa Plakias oznacza teren płaski (to polskie słowo zdaje się też wywodzić z greki!), utworzony przez aluwialne piaski, naniesione przez rzekę, płynącą niegdyś obficie wąwozem Kotsifos. Miasto jest bardzo młode – jeszcze w 1961 r. mieszkało tu zaledwie sześciu rybaków. Ale na pobliskich wzgórzach pierwsze osady powstawały już w czasach minojskich (XX w. p.n.e.), a rozbudowywały się w okresie władzy Bizancjum (X w. n.e.).

Ale nie te wzmianki historyczne stawiają Plakias w rzędzie najważniejszych miejscowości na Krecie pod względem ich historyczności. I cesarz Nikeforos II Fokas, który w 961 r. kazał pobudować tu drogi i mosty do okolicznych klasztorów, i minojscy żeglarze, którzy niekiedy zawijali do tutejszej zatoki, ale nigdy nie zbudowali porządnego portu – mogą się schować w mysią dziurę. Oto w 2011 r. właśnie w okolicach Plakias, w kilku jaskiniach i skalnych wnękach zespół archeologów amerykańskich i greckich pod kierunkiem Thomasa Strassera i Eleni Panagopoulou odkrył liczne kamienne siekiery i inne narzędzia, których wiek określono mało precyzyjnie: najmłodsze mają mieć ok. 100, najstarsze – ok. 700 tysięcy lat. Jest to odkrycie sensacyjne o

 

Narzędzia z Plakias, fot. T. Strasser, ze strony Archaeological Institute of America -->

 

 tyle, że Kreta od co najmniej 5 milionów lat jest wyspą, najbliższe stałe lądy znajdują się o 100 (Grecja), 200 (Turcja) czy 300 (Libia) kilometrów stąd. W jaki sposób posiadacze kamiennych siekierek mogliby zbudować łodzie, które zdolne byłyby do pokonywania takich dystansów? Oczywiście, mogli płynąć od wyspy do wyspy: 20 kilometrów z Azji Mniejszej na Rodos, 60 km z Rodos na Karpatos, 10 km z Karpatos na Kasos i 50 km z Kasos na Kretę. Pytanie „jak” nadal pozostaje bez odpowiedzi, nie mówiąc już o pytaniu „po co”… Przy czym tych sprzętów paleolitycznych jest tyle, że możemy mówić o całych cywilizacjach, łupiących tu kamienie przez – bagatelka! – drobne 600 tysięcy lat…

Wytrzepujemy z grubsza piasek z tego, z czego wytrzepać się da i ruszamy w drogę powrotną, ale nie po własnych śladach, tylko najpierw do położonego w pobliżu klasztoru Preveli, założonego jeszcze w czasach weneckich, a więc w średniowieczu. Dolny klasztor pod wezwaniem Jana Chrzciciela legł w ruinie za sprawą Niemców w 1941 r., górny – mający za patrona św. Jana Teologa – przetrwał do dziś i jest udostępniony do zwiedzania. Po dolnym została tylko oryginalna plaża (nie to, żeby mnisi chodzili tam się opalać, ale od klasztoru plaża dostała nazwę), usytuowana poniżej zagajnika palmowego przy ujściu sporej rzeki Megalopotamos. Palmy na plaży Preveli częściowo spłonęły w pożarze w 2010 r., ale teraz powoli się odradzają.

W górnym klasztorze, który bierze nazwę od założyciela, feudalnego pana Prevelisa, jest kilka pamiątek religijnych i jeszcze więcej świeckich, jako że klasztor, a właściwie jego mieszkańcy stanowili jedno z lokalnych centrów oporu przeciwko Turkom (skutkiem czego klasztor w 1821 r. został zniszczony, ale potem go odbudowano), wspierali także działalność brytyjskich, australijskich i nowozelandzkich wojsk przeciw Niemcom w czasie II wojny światowej, o czym zaświadczają pomniki i tablice pamiątkowe. Renata robi kilka zdjęć, po czym ruszamy dalej, by w okolicach Retymna wrócić na Nową Drogę Krajową, a potem do naszej Świętej Maryny.

18 września 2018 wiatr nie odpuszcza, ale przynajmniej świeci słońce i choć o kąpieli na razie nie ma mowy (wszędzie czerwone flagi, fale na chłopa, woda zimna i w ogóle mało przyjemnie) – to jednak korzystamy z leżaków przez dwie godziny, potem ruszamy na zachód, w kierunku Kissamo, mijamy drogę odchodzącą w kierunku sławnej plaży na Balos i dojeżdżamy do miejscowości Trachilos. Tutaj nawigacja, ustawiona i kontrolowana przez Renatę doprowadza nas do pustego, kamienistego wybrzeża, gdzie znajdujemy pochyloną w stronę morza skałę wielkości kilkudziesięciu metrów kwadratowych, ogrodzoną byle jakim metalowym, drucianym płotem. Wygląda to mało efektownie, zwłaszcza że część skały zasypana jest drobnym żwirkiem i jeśli ktoś trafiłby tu przypadkiem, nie znalazłby nic. Ba, niczego by nie szukał, pewno nawet by się tu nie zatrzymał, chyba żeby sfotografować kępkę lilii piaskowych (pankracjum nadmorskie). A prawdę powiedziawszy, jest to prawdopodobnie najważniejsze miejsce w Europie, związane z historią ewolucji zwierzęcia, zwanego człowiekiem. A może i na świecie.

Fantastyczna jest także historia jego odkrycia. Otóż w 2002 r., przebywający na Krecie na wakacyjnym wypoczynku paleontolog dr Gerard Gierliński z Państwowego Instytutu Geologicznego - Państwowego Instytutu Badawczego, dotychczas

 

Dr Gerard Gierliński, fot. PAP/Tomasz Gzell -->

 

 prowadzący głównie badania śladów dinozaurów na ziemiach polskich i w Skandynawii, podczas spaceru nad morzem w Trachilos zauważył pozostawione na skale odciski stóp, które zbadał wstępnie i uznał, że z pewnością zostały pozostawione przez istoty, będące bardzo wczesnymi stadiami ewolucji człowiekowatych. Nie miały przeciwstawnego wielkiego palca, a więc nie miały chwytnych stóp jak mają małpy, natomiast odcisk pięty wskazywał bliższe pokrewieństwo z małpami niż z ludźmi – pięta była krótsza i mniej zaokrąglona niż u homo sapiens. Odcisków przednich kończyn nie było, a zatem istoty te poruszały się w postawie wyprostowanej. Z tą wiedzą wrócił do Polski, powiadomił o swoim odkryciu kilku kolegów i w towarzystwie innych fachowców od badania śladów geologicznych wrócił na Kretę dopiero w 2010 r. Jego wnioski potwierdzili m.in. dr Andrzej Boczarowski z Uniwersytetu Śląskiego i dr Zofia Dubicka z Uniwersytetu Warszawskiego. To ona właśnie ustaliła wiek skały, w której – gdy była jeszcze miękkim piaskiem nadmorskim – ślady odciśnięto. Liczy ona 5,7 miliona lat.

 

<-- Ślady w Trachilos, źródło: Państwowy Instytut Geologiczny, Państwowy Instytut Badawczy

 

Badania, do których włączono jeszcze uczonych z Grecji, USA, Wielkiej Brytanii i Szwecji trwały jeszcze przeszło sześć lat i dopiero w 2017 roku Gerard Gierliński i jego koledzy zdecydowali się ogłosić ich wyniki na łamach prestiżowego pisma branżowego „Proceedings of the Geologists’ Association” nr 128 (2017), w kilkunastostronicowym artykule.

Ustalenia były następujące: w Tracholis na zachodzie Krety w nadmorskiej skale, ukształtowanej w erze messyńskiej, czyli w późnym Miocenie, datowanej na 5,7 mln lat odkryto ślady stóp istot wykazujące podobieństwo do ludzkich. Morfometryczna analiza wykazała, że ślady te mają cechy różniące osobniki, które je pozostawiły od współczesnych nie-człowiekowatych naczelnych i przypominają ludzkie. Interpretacja tych śladów może wywołać kontrowersje, bowiem gałąź wczesnych hominidów dotąd nie występowała na Krecie, która jest bardzo odległa od znanych dotąd siedlisk przed-plejstoceńskich człowiekowatych. Musimy więc – piszą naukowcy – przyjąć możliwość, że reprezentują one dotychczas nieznany późnomioceński gatunek naczelnych, który wykazuje zbieżność anatomii stóp z człowiekiem. Odkryto ok. 50 śladów, pozostawionych przez kilka osobników, albo młodych, albo drobnej budowy.

Fot. G. D. Gierliński i in./„Proceedings of the Geologists’ Association” -->

Uzupełnijmy: znane przedtem najstarsze ślady uważane za zbliżone morfologicznie do hominidów znaleziono w Etiopii i miały one 4,4 mln lat, ale osobnik, który je pozostawił, nazwany Ardipithecus ramidus miał więcej cech małpich, niż ludzkich. Dwunożne australopiteki z Laetoli w Tanzanii mają ok. 3,5 mln lat. Tutaj mamy do czynienia z osobnikami sprzed bez mała 6 milionów lat, w dodatku o cechach bliższych człowiekowi. Przez wiele lat sądzono, że kolebką ludzkości są okolice tzw. Rowu Afrykańskiego, skąd nasi praoyce (i pramatki, oczywiście, też!) wyemigrowali z powodu zmian klimatycznych na Półwysep Arabski, i dalej w przeciwnych kierunkach: w głąb Azji i Europy. Nieco później ten pogląd należało zweryfikować, po odnalezieniu szczątków sahelantropów – ssaków człekokształtnych, żyjących ok. 7 milionów lat temu w Sahelu, czyli na południowych obrzeżach Sahary, w okolicach jeziora Czad. Uważano, że jeśli w ogóle te naczelne były przodkami człowieka (a może wspólnymi przodkami człowieka i szympansa?), to przeniosły się potem do wschodniej Afryki i dalej emigrowały opisaną już trasą. Ale niedawno w Grecji koło Aten i w Bułgarii odkryto sfosylizowane fragmenty uzębienia (żuchwa, ząb) hominida, którego nazwano grekopitekiem i datowano znalezisko na 7,2 miliona lat. Może więc po prostu nasi przodkowie i dalecy prakuzyni (bo przecież nie mamy żadnych dowodów na to, że ci wszyscy owłosieni dżentelmeni wyprodukowali ewolucyjnie naszego homo sapiens, a nie byli bocznymi, wymarłymi ogniwami ewolucji) wędrowali kędy chcieli, korzystając z faktu, że między Afryką a Europą w tamtym czasie istniał pomost lądowy, a w ogóle morza były nieco bardziej suche, jeśli można tak powiedzieć.

Zauważmy, jak długo trwały badania dr. Gierlińskiego i jak ostrożnym językiem napisany jest komunikat o odkryciu. Naukowcy spotkali się z dziennikarzami polskich mediów na konferencji prasowej we wrześniu 2017 r. i zaraz potem rozpoczął się medialny festiwal sensacji, głupoty i ignorancji:

 

- Polak odkrył na Krecie najstarsze ślady człowieka. 

- …Trafił na ślady praludzi, o których nie mieliśmy pojęcia

- Najstarsze na świecie ślady praprzodków człowieka

- Na Krecie odkryli szczątki człowieka sprzed 5,7 miliona lat

- Nie można też wykluczyć, że pierwsi praludzie pojawili się nie w Afryce, ale właśnie w Europie, a mianowicie - w Azji Mniejszej i na Bałkanach.

 

I tak bez końca, już mi się nie chce tego wszystkiego cytować. Oczywiście, żeby być dziennikarzem, nie trzeba wiedzieć jaka jest różnica między szczątkami a śladami oraz tego, że Azja Mniejsza nie leży w Europie. Chociaż chciałoby się, żeby technika „skrótu myślowego” nie była używana przez kretynów.

Dziś ślady w Trachilos są niemal niewidoczne: przykryte kupą żwiru czekają na dalsze badania. Udało się to i owo sfotografować, bo coś spod kamyków wystaje. Na szczęście sensacja minęła, badania trwają i można mieć nadzieję, że jeszcze o nich usłyszymy, a odkryciem Gerarda Gierlińskiego Polska będzie umiała się chwalić na świecie. Inna rzecz, że po Koperniku i Curie Skłodowskiej nauka polska już nie ma wzięcia, o czym świadczą niszowo znane prace fizyka Mariana Smoluchowskiego, matematyka Stefana Banacha, astronoma Kazimierza Kordylewskiego, czy księdza i fizyka Michała Hellera.

W pobliżu płyty ze śladami naszych ewentualnych pradziadków jest ciekawe stanowisko archeologiczne Viglia, gdzie oglądamy pozostałości nadmorskiej osady z okresu średniominojskiego (1900-1700 r. p.n.e.). Są tu pozostałości trzech pomieszczeń sporego domu, gdzie prawdopodobnie znajdowało się też miejsce kultu – nie wiemy jakiego, zresztą w ogóle o szczegółach religijnych rytuałów Minojczyków wiemy mało. Miejscowość istniała także w późniejszych czasach, o czym świadczą fragmenty dużych kolumn jońskich oraz kilka grobów z czasów klasycznych.

Jak już jesteśmy w tej okolicy, postanawiamy odwiedzić dawny port Falasarna, usytuowany dokładnie na zachodnim wybrzeżu wyspy. Z Trachilos w linii prostej mamy tam tylko pięć kilometrów, ale na Krecie mało która droga jest prosta, bo trzeba mocno nadkładać, objeżdżając góry. Pokonujemy więc kilkanaście malowniczych kilometrów, mijamy dość zatłoczoną plażę i po szutrowej drodze wjeżdżamy na teren kolejnych prac archeologicznych. Przed nami góry, po lewej ruiny dawnego miasta i portu, po prawej – plantacje oliwek, dalej winoroślą, jest też niewielka pasieka. Na polankach między kamieniami pasą się kozy.

Byliśmy w Falasarnie już dawno temu, ale miejsce to zawsze robi spore wrażenie. Najpierw mijamy wielki kamienny tron, pochodzący rzekomo z czasów prehistorycznych, wiązany z postacią boga Posejdona. My naturalnie nazywamy to fotelem diabła, bo przypomina nam podobną formację, widzianą w Landwedocji, opatrzoną właśnie tą szatańską nazwą. Nieco dalej niewielki parking i wejście na teren wykopalisk. Obie atrakcje są bezpłatne, ale czynne tylko do 15-tej. Falasarna zawdzięcza podobno swoją nazwę mieszkającej tu nimfie morskiej o tym samym imieniu. Ruiny są – o ile można sądzić – stosunkowo dobrze zachowane, ale i sama miejscowość, jak na warunki kreteńskie, nie jest zbyt stara, bowiem ważny port, wokół którego wyrosło miasto, powstał prawdopodobnie ok. VI w p.n.e., a szczególnie rozkwitł na przełomie IV i III wieku. Ale dogodne położenie, zarówno pod względem geograficznym, jak i strategicznym, nie mówiąc już o ukształtowaniu samego nabrzeża z naturalną laguną pozwalają przypuszczać, że już doskonale znający się na żegludze Minojczycy mogli mieć tu jakiś niewielki port. Mogą o tym świadczyć też znalezione na tutejszym cmentarzyku pitosy, w których przechowywano prochy zmarłych, co praktykowano właśnie w czasach minojskich.

W okresie, gdy w Egipcie panowali Ptolemeusze, mający – jak już wiemy – wielką bazę morską na Santorini, Kreta była dla nich ważnym punktem komunikacyjnym, zaś port w Falasarnie leżał w doskonałym miejscu, by przyjmować statki płynące z Aleksandrii, będącej wówczas egipską stolicą. Teren był dobrze zabezpieczony także militarnie, do czego przyczyniała się architektura obronna, której fragmenty widać jeszcze dziś. Jej głównymi punktami były cztery wieże, połączone murami. Dwie z nich, dobrze zachowane, imponują nawet teraz. Przy porcie powstało spore miasteczko, z własnym Akropolem, świątyniami poświęconymi Artemidzie, cysternami na wodę i łaźniami, a także wspomnianym już cmentarzem. Był czas, że miasto biło własną monetę, z postacią kobiety - być może Artemidy – po jednej stronie, a po drugiej z literami FA i trójzębem Posejdona.

Falasarna upadała niejako dwuetapowo: najpierw w latach 69-67 p.n.e. Rzymianie, chcąc ukrócić zuchwalstwo piratów, którzy tu urządzili sobie siedzibę, zburzyli część domów i urządzeń portowych, a sam port zablokowali wielkimi skałami, pozostawiając jedynie kanał dla małych łodzi. Upadł wtedy dalekomorski handel Falasarny, ale miasto i port jeszcze jakoś egzystowały do 21 lipca 365 r., kiedy to miało miejsce wielkie trzęsienie ziemi, połączone z potężnym tsunami, które to zjawiska zniszczyły wiele portowych miast w tym rejonie Morza Śródziemnego, a nawet wokół Adriatyku i w Egipcie. Dla Falasarny najgorsze jednak było to, że cała ta część wyspy niespodziewanie podniosła się o 6-9 metrów, w wyniku czego port znalazł się nagle nad wodą i tym samym przestał istnieć. Mieszkańcy stracili pracę i powoli opuścili miasto. Ale dzięki tej katastrofie możemy dziś przyjrzeć się dokładnie jak wyglądały doki, fragmenty stoczni, miejsca wyładunku – wszystko to znajdujące się dziś około 100 metrów od aktualnego brzegu morza. Falasarna opustoszała na kilkanaście stuleci – wykopaliska rozpoczęto tu w latach 60. ub. w.

Wracamy, kierując się w stronę miasta, z którym Falasarna prowadziła wojną w IV i III w. p.n.e. – Polirrenii. Jakimiś okropnymi bocznymi drogami pokonujemy kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do miasteczka wśród gór, którego dzisiejszy wygląd nie przypomina o fakcie, że w czasach archaicznych (VIII-IV w. p.n.e.) osada na wzgórzu, założona przez Achajów i rozbudowana przez Lacedemończyków kontrolowała całą zachodnią część Krety, była wojskowym partnerem Macedończyków i Ligi Achajskiej i skutecznie przeciwdziałała zawładnięciu władzy nad wyspą przez Knossos i Gortynę, biła także własną monetę, z wizerunkiem króla bogów – Zeusa. W czasach rzymskich Polirrenia kwitła nadal, po zawarciu sojuszu z portowym Kissamos, które nabrało wtedy większego znaczenia. Dziś po tych sukcesach zostało niewiele śladów – miasteczko w jego części starej i nowej można obejść bez pośpiechu w kwadrans, oglądając kilka wyciętych w skale grobów, ruiny hellenistycznych i rzymskich murów obronnych, pozostałości akropolu oraz rzymski akwedukt, wybudowany w czasach cesarza Hadriana (II w.) Kościół stojący pomiędzy wykopaliskami a nową częścią miasta (w której mieszka zaledwie ok. 100 osób) wybudowany został pod koniec XIX w. na ruinach świątyni Artemidy Dictynna i dziś ma jako patronów Dziewięćdziesięciu Dziewięciu Świętych Ojców. Nazwa miasteczka dość dokładnie określa to, czym w znacznej części zajmowali się jego mieszkańcy – poli rinia to tyle, co wiele owiec. Dziś wśród odrutowanych pól pasą się raczej kozy.

Słońce powoli chowa się za górami, więc pora wracać. Ale nie spieszy nam się aż tak bardzo, żeby jechać prostą drogą, Znów telepiemy się kilkanaście kilometrów górami, co zajmuje nam prawie godzinę, by dojechać do miejscowości Potamida. To nieduża miejscowość (ok. 250 mieszkańców), na szczęście bez rzucających się w oczy zabytków historycznych, których przynajmniej ja mam już na dziś dosyć. Nazwa też trochę ponad stan, bo zapewne wywodzi się z odniesienia do mitycznych nimf rzecznych, Potamidae (od potamos, rzeka). Nimfy w oczy się nie rzucają, a jeśli już to dość leciwe, w czarnych chustach, prowadzące przez wieś krowy. Byliśmy tu już kiedyś, ale chcemy odświeżyć wrażenia. Renatka, dysponująca do tych spraw niezwykłą pamięcią, pilotuje Michała i każe najpierw zjechać z głównej drogi do wsi, a potem – koło szkoły przez most nad rzeczką Tyflos (to pewno ten potamos) wśród coraz rzadszych domów, najpierw w lewo, potem w prawo – i już je widać. Prawie białe, strome i o dziwacznych kształtach, usytuowane w środku pola piramidy błotne. Obok niewielka stadnina koni, pilnowana przez gospodarza i kilka niezbyt przyjacielskich psów, które jednak nie reagują, gdy się nie wchodzi na „ich” stronę drogi prowadzących do tej kreteńskiej Kapadocji.

Wrażenie jest niebywałe. Poszarpane przez erozję κοηολίθi, Komoliti, jak się je tu nazywa zbudowane są z glinu i krzemu, który dość trwale wiąże się z wodą, powiększając swoją objętość co powoduje, że byle deszcz nie rozpuszcza tych dziwnych tworów. Efekt wzmaga jeszcze to, że kilkanaście glinianych stożków, które przy suchej pogodzie przypominają trochę beton, stoi w tzw. szczerym polu, na pustej i równej przestrzeni. Są niezwykle starymi formacjami – pochodzą bowiem z okresu, kiedy teren ten zalewało formujące się dopiero Morze Śródziemne, czyli z ery messyńskiej. Czyli z późnego Miocenu. Czyli z czasów, kiedy w odległym zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów ponadmorskiej skale spacerował nasz ewentualny praprzodek, którego ślady odkrył dr Gerard Gierliński.

Jeszcze tu wrócimy, przy lepszym świetle. Na razie trzeba jechać do Maryny. W mieszkaniu pięknie posprzątane, za oknem nadal wiatr, głośny szum morza, ale fale jakby mniejsze. Renata ryzykuje wieczorną kąpiel w morzu, my szykujemy kolację. Główne jej składniki kupuję u Jorgosa w sąsiednim markecie – mocno starszy pan jest na posterunku od świtu do północy, sklep choć mały, zaopatrzony we wszystko co nam potrzebne, ceny nie nadwyrężają portfela, można płacić kartą. I co najważniejsze – pogoda zdecydowanie się poprawia.

Ciąg dalszy nastąpi