Maciej Pinkwart

Minojczycy

Odcinek 5

 

Bezdroża

 

TUTAJ odcinek 1

TUTAJ odcinek 2

TUTAJ odcinek 3

TUTAJ odcinek 4

 

19 września 2018 pogoda zaczyna się poprawiać, choć na Kato Stalos Beach morze nadal niespokojnie, a szarawe niebo nie pozwala mieć nadziei na leniwe przedpołudnie nad morzem. Zaliczamy jednak śniadanko na plaży, ale wkrótce potem jedziemy, gdzie nas oczy poniosą. A właściwie, gdzie nas puntem zawiezie Michał, nawigowany przez Renatkę. Mijamy Chanię – oczywiście Nową Drogą Narodową - i mniej więcej w połowie drogi do Retymna skręcamy na północ, w miejscu, gdzie do morza wpada rzeka Almiros. Parkujemy koło mostu nieopodal niewielkiej przystani rybackiej. Nie bardzo wiem dlaczego, ale mam wrażenie deja vu – i most, i rzeka, przy brzegach której cumują niewielkie łodzie rybackie i turystyczne przypominają mi miejsce bardzo od Krety odległe: interesując miasteczko Castelnaudary w Landwedocji, a rzeka Almiros wygląda wypisz wymaluj jak tamtejszy Canal du Midi. Renata ma podobne odczucia i z mostu wypatruje, czy nie nadpłynie w naszą stronę ogromny szczur wodny jakiego widzieliśmy wtedy na południu Francji.

Ale nie, woda jest czysta, liście platanów delikatnie szumią i dają miły cień, a my słyszymy, że morze wciąż jest niespokojne i rozbija swoje fale o długą groblę prowadzącą do wysepki, na której usytuowana jest kaplica św. Mikołaja – patrona rybaków. Miasteczko nie jest ani duże (ok 2.500 mieszkańców), ani stare – XIX-wieczną proweniencję pokazuje choćby nazwa, występująca zresztą na mapach i drogowskazach w obocznościach Georgioúpoli, Georgiopolis i Jeorjupoli: stanowi ona wyraz hołdu dla księcia Jerzego, syna greckiego króla Jerzego I. Jerzy junior to książę grecki i duński (urodzony na Korfu), który w krótkim okresie autonomii Krety, wyzwalającej się spod panowania osmańskiego, był jej Wysokim Komisarzem w latach 1898-1906. Wtedy to niewielkiemu nadmorskiemu uzdrowisku nadano jego imię, i nazwę tę Georgioúpoli, czyli miasto Jerzego utrzymało, mimo że komisarz, skonfliktowany ze znaczną częścią społeczności wyspy, został odwołany ze stanowiska na dwa lata przed enosis – połączeniem Krety z Grecją.

Próbujemy dojść do kapliczki, ale nie dajemy rady – wysokie fale przewalają się przez śliską i wąską groblę, co grozi zepchnięciem na spore kamienie koło wejścia do portu. Ale, o dziwo, na pobliskiej plaży z szarym, drobnym piaskiem i niewielkimi kamykami prawie zupełnie nie ma wiatru, a na morzu - fal. W dodatku dno łagodnie schodzi w głąb morza, pod wodą piasek jest drobniutki i żółty, woda ciepła i czysta. Tego nam brakowało od początku! Biwakujemy przez dwie godziny. Potem zaczyna się trochę chmurzyć, a że prognozy zapowiadały nawet deszcz, więc postanawiamy radykalnie zmienić otoczenie i znad morza jedziemy w góry, żeby potem zejść pod ziemię. Naszym kolejnym celem jest Jaskinia Melidoni.

Jedziemy dalej „narodówką” na wschód, mijamy Retymno i w miejscowości Eksantes skręcamy w prawo, w stronę gór. Po godzinie wjeżdżamy na wysokość przeszło 200 metrów n.p.m. i zatrzymujemy się na pustawym parkingu przed… tawerną niejako blokującą wejście do jaskini. Minęła druga po południu, więc korzystamy z okazji i dajemy się skusić na małe co nieco.

Jaskiń na Krecie jest mnóstwo, wszystkie oczywiście są piękne i owiane mitologicznymi legendami, ale tutaj mamy do czynienia ze szczególnym splotem wydarzeń mitologicznych, prehistorycznych i niemal współczesnych. Zacznijmy od nazwy: początkowo - w tradycji lokalnej do dziś – jaskinia i wieś, która leży nieco niżej nosiły nazwę Gerontospilos, stara jaskinia. Że nazwa ta jest uzasadniona – nie sposób zaprzeczyć. Ale nazwa Melidoni także ma konotację historyczną i wręcz bohaterską, jako że wywodzi się od nazwiska Antoniosa Melidonisa, jednego z przywódców powstania antytureckiego, który urodził się w tej wsi. I tu dochodzimy do najnowszego akcentu w historii tego miejsca: podczas okupacji otomańskiej, w październiku 1823 r. trzydziestu miejscowych powstańców i 370 cywilów, w większości starców, kobiet i dzieci znalazło w jaskini schronienie, gdy wieś została zaatakowana przez Turków pod wodzą Husajna paszy. Wojsko otoczyło jaskinię i wezwało ukrywających się w niej Greków do poddania się, ci odmówili, a nawet zabili dwóch tureckich negocjatorów. Husajn najpierw kazał zawalić wejście kamieniami, a po trzech miesiącach – w styczniu 1824 r. kamienie zostały odsunięte, a w ich miejsce Turcy zgromadzili wielkie ilości drewna i innych materiałów łatwopalnych, po czym wszystko podpalili. Dym wypełnił jaskinię i wszyscy ukrywający się w niej ludzie zostali uduszeni. Po latach kości ofiar tego wydarzenia zgromadzono w kamiennym ossuarium w środku największego pomieszczenia jaskini, które nazwane zostało Salą Bohaterów. Ich pamięć czci się w rocznicę tego wydarzenia w niewielkiej kaplicy, znajdującej się przy wejściu do jaskini.

Jaskinia była zamieszkiwana już w czasach minojskich, być może też była także miejscem kultowym. W każdym razie do naszych czasów przetrwała legenda o tym, że mieszkał w niej wykonany przez Dedala robot z brązu, według dawnego słownictwa – potwór, który trzy razy dziennie obiegał wybrzeża Krety, niszcząc wszystkich, którzy mogliby zagrażać państwu króla Minosa. Ale potwór, mający na imię Talos, miał jeden słaby punkt: piętę. Czyżby był jakimś przodkiem Achillesa? I gdy na Krecie wylądowała wracająca ze złotym runem z Kolchidy wyprawa Argonautów i Talos chciał ją powstrzymać – czarodziejka Medea ujawniła ów słaby punkt Jazonowi, i ten powalił niezniszczalnego potwora. Ta legenda to pewno kolejne echo czasów, gdy achajscy Mykeńczycy przejęli władzę nad wszechpotężnymi zdawałoby się Minojczykami. Dodajmy, że najstarszym obiektem zabytkowym, znalezionym w Melidoni był labrys – minojski miedziany topór o podwójnym ostrzu, prawdopodobnie z XX w. p.n.e. Aha, przy okazji: nazwa labirynt pochodzi właśnie od owych labrysów, które miały być wynalazkiem bogów – albo herosa Dedala – i które trzymano w podziemiach pałacu w Knossos, miejscu o mocno skomplikowanej topografii. W czasach panowania Rzymian nad Kretą ś.p. Talosa zsynkretyzowano z bogiem Hermesem, a Stara Jaskinia musiała być bardzo znanym miejscem jego kultu, jeśli odnaleziono tu wydrapane na ścianie graffiti z I-II w. n.e., pozostawione przez pewnego Rodyjczyka, który przypłynął na Kretę specjalnie po to, by Hermesowi Taliosowi oddać hołd.

Bilety kosztują 3 i 2 €. Zwiedzanie jest indywidualne, bez przewodnika. Schodzi się (krótko!) do Sali Bohaterów, na środku której stoi ołtarz z krzyżem, a potem obchodzi się ją dookoła, zaglądając do kilku sal bocznych. Przepiękna i w wielu miejscach wręcz monumentalna szata naciekowa jest podświetlana zwykłymi lampami elektrycznymi, bez żadnych sztucznych kolorów i dyskotekowych efektów, które nas kiedyś tak irytowały w wiązanej z Zeusem Jaskini Dikte. Zwiedzanie zajmuje niecałe pół godziny.

I za kolejne pół godziny jesteśmy już wysoko w górach, w miejscowości Eleuterna (także: Elefterna). Dokładniej – Archaia Eleuterna, na wysokości przeszło 400 m n.p.m. Miejscowość (kilometr dalej jest współczesna Eleuterna) usytuowana jest na bocznym grzbiecie, odchodzącym od najwyższej góry na Krecie – Idy. Miasto rozwijało się od Wieków Ciemnych, tj. od czasów inwazji Dorów w IX w. p.n.e. aż do epoki bizantyjskiej. Dorowie założyli tu fortecę w miejscu, gdzie krzyżowały się dawne drogi między Kidonią (dzisiejsza Chania) a Knossos oraz między spartańskimi portami w Stavromenos i Oanormos oraz ważnym miejscem kultowym i pielgrzymkowy w Jaskini Idajskiej. W III w. p.n.e. Eleuterna toczyła wojnę z Rodos, była w koalicji z Mecedończykami i diadochami Aleksandra Wielkiego, potem była jednym z ważniejszych ośrodków w czasie panowania Rzymian na Krecie i znakomicie prosperowała aż do katastrofalnego trzęsienia ziemi w 365 r. n.e. W połowie VII w. była siedzibą biskupstwa, zawiadywanego przez Eufratesa, po którym pozostała wielka bazylika. Ataki kalifa Haruna ar-Raszida pod koniec VIII w. oraz kolejne trzęsienie ziemi w 796 r., a na koniec panowanie arabskie na Krecie spowodowały, że Eleuterna częściowo opustoszała. Podczas okupacji wyspy przez Republikę Wenecją założono tu katolicką diecezję, która do dziś ma tu tytularne biskupstwo.

Z parkingu pod platanami rozpościera się ładny widok na dolną część stanowiska archeologicznego, niestety zamkniętego. Po lewej stronie ścieżka prowadzi w stronę stromej grzędy wybiegającej od Idy, młodzież zwiedza po kolei zabytki doryckie i rzymskie, ja czekam na lepszą okazję, która się trafia, kiedy okazuje się, że i tę część Eleuterny można obejrzeć góry, dojeżdżając do niej samochodem, co też czynimy.

W nowej części miasta jest ciekawe muzeum archeologiczne, podobno dość nowoczesne, otwarte w 2016 r. – ale dziś już zamknięte, bo godzina zrobiła się późna. Oj, szkoda – wzdychamy nieszczerze i bierzemy się do powrotu. Wieczór z kąpielą w spokojnym już morzu – i pakowanie na jutrzejszą wyprawę.

Pakowanie to może za duże słowo. 20 września bierzemy z sobą do samochodu niewielkie plecaczki i wczesnym przedpołudniem ruszamy dobrze nam znaną drogą przez Góry Białe do stolicy Sfakii – Chora Sfakion. Parkujemy przy wąskiej dróżce ponad miasteczkiem i czekając na prom idziemy na kawę, lody i niewielką przegryzkę w portowej tawernie. Brzmi to ładnie i romantycznie, ale prawdę powiedziawszy niewiele już zostało z rybackiej mieściny, jaka była tu jeszcze kilkanaście lat temu. Dziś mieszka tu za stałe zaledwie niewiele ponad 200 osób, ale dziennie przewija się kilka tysięcy turystów. Głównie tych, którzy korzystają z dwóch portów, gdzie zwijają promy łączące Sfakię z atrakcyjnymi miejscowościami południowo zachodniej Krety. Przede wszystkim – z Agia Rumeli, gdzie znajduje się ujście najsłynniejszego kreteńskiego wąwozu Samaria. I to właśnie głównie sławie Samarii Chora Sfakion zawdzięcza swą popularność.

Jako stolica górsko-morskiego regionu Chora, czyli miasto, znana była już o czasów weneckich jako siedziba niepokornych i niełatwych do rządzenia, samodzielnych ludzi. Górali? Rybaków? Na pewno buntowników, o czym świadczą lata okupacji katolickiej i muzułmańskiej. 

Prom mamy o 11-tej. Płacimy po 10 € od łebka, gratisów tym razem brak, wypływamy w piękną pogodę. Tłoku nie ma – może połowa miejsc jest zajęta. Korzystamy i siadamy z samego przodu, z pięknym widokiem na morze i pobliskie klify. Po piętnastu minutach zawijamy do miejscowości Lutro, gdzie wysiada zaledwie kilka osób. Większość, tak jak my, płynie do Agia Rumeli – punktu, z którego rozpoczyna się zwiedzanie wąwozu Samaria.

Dokładniej – jednego z dwóch punktów, bo większość turystów woli schodzić w stronę morza, rozpoczynając zwiedzanie Samarii od góry, w miejscowości Omalos (1227 m). Tam też zwykle dowożone są zorganizowane grupy, zaczynające wyprawę od Ksiloskalo, drewnianych schodów, którymi schodzą ok. 600 m do wąwozu, po czym mijają ruiny XIV-wiecznej wioski Samaria z kościółkiem Osia Maria, Błogosławionej Marii, od której pochodzi nazwa tego terenu. Schodzi się potem przez Żelazne Wrota (nawet podobne trochę do naszych, tatrzańskich), gdzie wysokie, pionowe ciemne skały ścieśniają się tak, że wąwóz ma tu ok. 3,5 m szerokości. Zejście do Agia Rumeli trwa 6-7 godzin, po czym turyści płyną promem do Chora Sfakion, gdzie czeka na nich autokar.

Samaria to podobno najdłuższy suchy (tj. bez płynącej stale dnem rzeki) wąwóz Europy: ma 18 km długości, z czego 16 km udostępnione jest turystom. Z tą „suchością” bywają problemy: znane są przypadki, kiedy przy pięknej, słonecznej pogodzie na dole, w środkowej części wąwozu puste koryto napełniało się gwałtownie wodą, bo gdzieś daleko na stokach Lefka Ori, Białych Gór, spadł ulewny deszcz. Kilkakrotnie w ten sposób turyści bywali poturbowani przez wodę, kilka osób utonęło.

Największym problemem Samarii jest jednak właśnie brak wody, stąd też zwiedzający na ogół zabierają z sobą plastikowe butelki, których nie daj Boże wyrzucać – w okolicznych krzakach czuwa straż Parku Narodowego, obejmującego cały region wąwozu. W krzaczki też raczej nie da się skoczyć za potrzebą – na trasie jest kilka toalet, więc jakoś te problemy trzeba pogodzić z sobą – kwestię picia i WC… Poza słońcem przygrzewającym właściwie na całym obszarze, który nie jest zasadniczo osłonięty drzewami, uciążliwa jest duchota – wysokie ściany wąwozu praktycznie zatrzymują najmniejszy nawet przewiew. Najgorsze jednak jest to, że przez znaczną część drogi idzie się po potokowych otoczakach, stąd konieczność wkładania turystycznych butów o wysokich, stabilizujących stopę cholewkach. Mało kto to robi, bo mało kto zabiera zajmujące pól walizki trekkingowe buty do gorącej Grecji.

My nie inaczej – ja mam niezłe, choć lekkie trekkingowe sandały na dobrych podeszwach, Renata też, Michał zdaje się adidasy. Najpierw idzie się długo, nudno i smrodliwie (osły!) przez starą część Agia Rumeli, potem górskie stoki powoli się zbliżają, ale wciąż jeszcze jest to wieś, z polami, gajami oliwnymi i zagrodami dla osłów, a droga to najpierw bruk, potem mocno wyjeżdżona szutrówka. Co jakiś czas mija nas dychawiczny busik, którym wygodni turyści podjeżdżają do miejsca, gdzie szeroka droga się kończy. My dochodzimy tam piechotę, ścieżka się zwęża i zatrzymuje nas – oczywiście! – niewielka tawerna, gdzie głównym przebojem jest świeży sok, wyciskany z pomarańczy. Dajemy się i my skusić i po chwili idziemy dalej, docierając wreszcie do kasy biletowej. Płacimy po 5 euro. Bilet trzeba koniecznie zachować, bo jego druga część jest sprawdzana przy wyjściu: chodzi o kontrolę, czy nikt nie zabłądził i nie został na terenie Parku po zamknięciu wąwozu (godz. 17.00), bowiem biwakowanie jest zabronione, a o nieszczęście nietrudno. Uciążliwość wycieczki, spory wysiłek fizyczny i upał powodują niekiedy kontuzje i zasłabnięcia, strażnicy parku podobno wzywają wtedy pomoc, która pomoże sprowadzić chorego na dół, albo zwieźć na osiołku. Osiołek życzy sobie za tę usługę 50 €. Tylko jak zawiadomić straż, jeśli strażnicy się ukrywają, a prawie w całym wąwozie telefon nie ma zasięgu?

Przed wyruszeniem na wycieczkę do Samarii warto upewnić się internetowo, czy aby wąwóz nie został zamknięty, co dzieje się wówczas, gdy trwają lub przewidywane są złe warunki pogodowe, przede wszystkim obfite deszcze.

Idziemy w górę jakieś dwie godziny, podziwiając widoki, malowniczo postrzępione skały i ciekawą roślinność. Fauna Samarii jest też podobno dość bogata, a największą atrakcją są lokalne kozy, nazywane popularnie kri-kri, dla lokalsów – agrimi, a przyrodniczo najprościej: koza kreteńska. To rzeczywiście kreteński endemit, spotykany tylko w Górach Białych, a w zasadzie tylko w rejonie Samarii, gdzie żyje ich ok. 2000 sztuk. Są podobno także w niewielkich ilościach na kilku pobliskich wysepkach. Kozy te pojawiły się na Krecie w czasach minojskich i często są przedstawiane w sztuce tamtych czasów – głównie jako dekoracja ceramiki. Tylko raczej nie wystawiają się na widok publiczny i pewno stronią od tłumnych Krupówek, w jakie zmienia się Samaria w letnim sezonie.

W drodze powrotnej rujnujemy się na następny sok pomarańczowy, a nawet na busik, który za 2 € od osoby zwozi nas do Agia Rumeli. Do odjazdu naszego promu mamy jeszcze godzinę.

Słońce wprost pali, wszystkie miejsca w tutejszych tawernach wydają się być zajęte, zresztą nie mamy za wiele czasu i nie wiedząc kiedy przyjdzie się nam zaokrętować, wolimy pozostawać w porcie. Znajdujemy jakąś ławeczkę i rozglądamy się wokół. Miasteczko małe – ma około 100 stałych mieszkańców – ale gęsto zabudowane, ma kilka hoteli, liczne sklepy z pamiątkami i restauracje. Wykorzystywane są tylko w sezonie, w godzinach gdy kursują promy – do Agia Rumeli nie prowadzą żadne drogi jezdne i można tu się dostać tylko statkiem lub pieszo, przez Samarię lub dwoma turystycznymi szlakami górskimi. Ludzie zamieszkiwali Samarię i jej okolice już w czasach prehistorycznych, choć bardziej efektowne ślady osadnictwa pochodzą dopiero z czasów bizantyjskich i weneckich. Podczas IIwojny światowej wąwóz był schronieniem dla partyzantów z ruchu oporu. Wioska Samaria zamieszkała była do 1962 r., kiedy to utworzono Park Narodowy i ludzie musieli przenieść się w inne strony - część właśnie do Agia Rumeli. W górnej części tej miejscowości, bliżej wejścia do wąwozu, gdzie znajdowała się dawna portowa osada Tarra, pozostało jeszcze kilka ruin, które pozwoliły ustalić, że założyli ją Dorowie zapewne w IX-VII w. p.n.e. Mitologia wiąże z tym miejscem legendę o tym, że tutaj właśnie romansował bóg Apollo z córką króla Minosa, księżniczką Akalle, a owocem tego związku byli synowie – Kidon, założyciel dzisiejszej Chani (ongi – Kidonii) oraz Miletos, twórca Miletu w Azji Mniejszej. W czasach rzymskich prosperował tu port, tartak i stocznia, miasteczko biło nawet własną monetę – ale ten etap jego kariery zakończył się w 365 r. n.e., kiedy to okolicę zniszczyło trzęsienie ziemi, a wybrzeże uniosło się o kilka metrów – to ta sama katastrofa, która zniszczyła portową karierę opisanej wcześniej Falasarny. Port przeniesiono niżej i prosperuje tu do dziś. Stąd też w 1941 r. po zajęciu Krety przez Niemców, odpłynął do Egiptu grecki król Jerzy II. A ponad miasteczkiem dobrze widać zachowaną w dobrym stanie turecką fortecę z XIX w.

Jak zwykle pasja filologa daje o sobie znać i zastanawiam się, skąd wzięła się nazwa miasteczka. Agia to po grecku święta, ale jakoś nie potrafię sobie przypomnieć żadnej świętej o imieniu Rumeli, choć świętych prawosławnych jest tyle, że mogłem ją przegapić. Ale wiem też, że Rumelią nazywano tureckie tereny na Bałkanach – także w Grecji (z wyjątkiem Peloponezu) – które imperium osmańskie stopniowo podbijało, zabierając je spod władzy Bizancjum. Rumelia był to więc to kraj Rzymian – jak Turcy początkowo nazywali, zupełnie nielogicznie, Bizantyjczyków. Agia w tym znaczeniu może pochodzić od słowa aja, a to – od arabskiego mijah, woda. Czyli jakby Rzymskie Wody. Anglicy tłumaczą to jako Greckie Wody, co z arabskim nie ma nic wspólnego (grecki to po arabsku يونانيّ , yunaniy).

Tak czy inaczej, po katastrofie z 365 r. Agia Rumeli podniosło się jakoś z ruin i prosperowało na starym miejscu do 1954 r. kiedy z kolei oberwanie chmury w Górach Białych zamieniło Samarię w rwącą, głęboką rzekę, która zmieniła się na dole w powódź i zmiotła niemal całkowicie miasto z powierzchni ziemi. Wtedy mieszkańcy przenieśli się niżej i dalej od ujścia wąwozu.

Nasz prom stoi i czeka. Zaczynają wpuszczać, ładujemy się za 5,50 € i po dłużących się nam nieco 40 minutach wysiadamy w Lutro. To kolejna miejscowość bez drogi, dostępna jedynie drogą morską (pomijam nielicznych desperatów, który docierają tu górami). Już gdy wpłynie się w głęboko wciętą zatokę Lutrowską (?Luterańską?), widać co stanowi o uroku tego miejsca: jest małe, wręcz kompaktowe, wszystkie domy usytuowane są na przylądku Mouri i znajdują się w odległości kilku metrów od wybrzeża, pomalowane na biało, niewysokie, przytulne. Renacie ten widok przypomina włoskie Portofino, ale moim zdaniem Portofino jest o wiele bardziej kolorowe, krzykliwe i większe. Choć też bardzo malowniczo usytuowane w zatoce otoczonej górami. Tutaj hotele – zwykle połączone z niewielkimi restauracjami – są zwykle dwu-trzykondygnacyjne, ale wąskie, zawierają po kilkanaście niedużych pokoików z balkonami wychodzącymi, oczywiście, na zatokę. Poza maleńką przystanią promową, do której właśnie przybijamy, jest mała marina dla łodzi rybackich i dla pieszych wędkarzy, którzy tu rano i wieczór z mniejszymi czy większymi sukcesami moczą spławiki. Tutaj też przybijają taksówki wodne, przypływające z Chora Sfakion, dowożące turystów do hoteli.

Nasz hotel o wdzięcznej nazwie Sifis jest tuż koło przystani. Wchodzimy między kawiarnianymi stolikami rozstawionymi tuż nad brzegiem morza i szukamy wejścia, bo to co widzimy, przypomina zakopiańskie Targi Staroci połączone z modną Desą w Katowicach 😊. Zza kontuaru wychyla się niemłoda pani ze śladami dawnej urody i szyku i widząc nas, woła:

- O, Renata, how are you! Come on, you are welcome.

I kalimera oczywiście, bo słońce jeszcze nie zaszło, choć wieczór, kiedy to witać się należy słowem kalisfera, już blisko. Patrzymy z podziwem na naszą przewodniczkę, która jest tu na Krecie tak szeroko znana, no i po imieniu ze wszystkimi. Dostajemy klucz i dość skomplikowane wyjaśnienie jak dojść do naszego pokoju o numerze 10, który co prawda tego numeru nie ma, ale jest za pokojem nr 9, tylko z wejściem od bocznej werandy, za to na trzecim piętrze...

Nie mamy zbyt wiele rzeczy do rozpakowywania, więc tylko nieodzowna po Samarii kąpiel i idziemy na kolację. Wybór miejsca jest trudny, wystawione w gablotach świeżo złowione ryby wyglądają trochę przerażająco, ale myśl, że to my je możemy zjeść, a nie odwrotnie, jest krzepiąca i pobudza apetyt. W kilka minut zapoznajemy się z nieskomplikowaną topografią miasteczka. Podoba mi się to, że przy restauracyjnych stolikach, czy na maciupeńkich balkonach hotelowych widzę kilku mocno starszych panów, zwykle brodatych i z długimi siwymi włosami, piszących coś zawzięcie na laptopach czy tabletach. Mają tu oddział Stowarzyszenia Pisarzy? A w paru miejscach spokojną muzykę realizują młodzieńcy w wieku 50-60 lat, o niewątpliwie hipisowskiej przeszłości. Czy ma rację Renatka, wyczuwając w powietrzu lekki zapach konopi? Oglądamy niezachęcającą dla mnie, pustą już plażę pełną kamyków i skał, wstępujemy do kilku sklepów i odkładając zakupy na potem, siadamy wreszcie tam, gdzie jest najbliżej morza. Woda jest tak czysta, że nawet teraz, wieczorem, widać, że ryb tu nie brakuje. Ale miecznik grilluje się dość długo, więc przy karafeczce białego wina możemy dobrze rozejrzeć się wkoło – i zajrzeć także w głąb historii.

Tym razem rozszyfrowanie nazwy nie stanowi problemu i nie muszę prowadzić filologicznego śledztwa w kilku językach całkowicie dla mnie obcych.  Λουτρό – to po prostu kąpiel, w znaczeniu spa, co wywodzi się z czasów, gdy zwariowani na punkcie higieny Grecy i Rzymianie wykorzystywali tutejsze źródła mineralne do kąpieli zdrowotnych. Znamy już podobną nazwę z Grecji kontynentalnej: rok temu byliśmy w kurorcie Lutraki niedaleko Aten i oglądaliśmy tamtejsze źródła lecznicze. Lutro jest oczywiście nieporównanie mniejsze, zresztą jego historia jest także zupełnie inna. Początkowo był tu mały port rybacki, obsługujący położone powyżej miasteczko Anopolis. Tylko że port ów nazywał się wtedy Finikas, co do klasyki weszło jako Feniks. I to nie do byle jakiej klasyki – pisze o tym porcie Strabon i Ptolemeusz, wzmiankowany jest także w biblijnych Dziejach Apostolskich, oczywiście w opisie jednej z podróży największego turysty tej księgi – świętego Pawła, który usiłował namówić sternika swojej łodzi, by tam zawinął, by w Feniksie przetrwać okres zimowych sztormów. Paweł płynął wtedy z południowych wybrzeży Krety na Maltę. Nie posłuchano go i tak nasze miłe Lutro straciło okazję goszczenia apostoła apostołów, którego śladów przed laty szukaliśmy na Rodos.

A Finikas był na tyle sławny ze swego bezpieczeństwa, że traktowano go jako zimowy port dla stolicy regionu – Sfakii. Pozostałością tamtych czasów jest niewielka wioska o tej właśnie nazwie, znajdująca się na zachód od Lutro. Niebawem przyszli Rzymianie i urządzili tu swoje łaźnie, a po nich zatokę Lutro zajęli piraci, którzy tu mieli swoją bazę do działalności na całym południowym wybrzeżu Krety. Gdy Wenecjanie objęli panowanie nad Kretą, zrobili z nimi porządek i od tamtej pory w Lutro jest miło, spokojnie, nawet nudno – ale jak mi taka nuda się podoba!

Na parterze naszego Sifisu słychać delikatny jazz, który świetnie konweniuje z lokalnym czerwonym winem – i wywieszonymi na schodach luzackimi sentencjami, którym towarzyszą fotosy starych jazzmanów.

Rano budzi nas… No, właśnie – nic nas nie budzi. Żadnych samochodów, żadnych śmieciarek, żadnych pojazdów dostawczych. Tylko ciekawskie słońce zagląda nam do pokoju, więc wstajemy, pakujemy się i wędrujemy do miejscowej kawiarni na śniadanie. Od stolika do morza, tu głębokiego na jakieś dwa metry, mamy jakieś czterdzieści centymetrów i widzimy każdy kamyk na dnie i każdą rybę w promieniu kilkunastu metrów. Po porannej kawce wędrujemy na pobliską górę, by obejrzeć pozostałości zamku weneckiego i podziwiać puste jeszcze morze z niedalekiego punktu widokowego, gdzie witają nas koty i kozy. Na sąsiedniej malutkiej wysepce, na którą można przejść po kamieniach, pan w średnim wieku zażywa lutro morskiej i słonecznej, nie przejmując się takim drobiazgiem, jak kąpielówki. Z drugiej strony widzimy niewielki kościółek Sotiros Christou, Chrystusa Zbawiciela, do którego zmierza przed nami młoda i ładna Murzynka, będąca najwyraźniej jedną z osób obsługi, bo otwiera sobie bramkę, przez którą my już nie możemy przejść. Wyżej, spory kawałek drogi pod górę, wznoszą się ruiny dawnego zamku tureckiego, ale to już może innym razem.

Siadamy w słoneczku na przystani promowej. Zaczyna się ruch: schodzą się turyści z bagażami, obsługa hoteli i restauracji przywozi wózkami całe sterty popakowanych w worki śmieci, z hoteliku położonego nieco wyżej od innych, do którego prowadzi utwardzona i stosunkowo szeroka droga, niepodziewanie zjeżdża leciwy samochód i zatrzymuje się nad brzegiem morza. Przypływa pierwszy prom z Chora Sfakion i jako pierwsza wyjeżdża z niego… wielka śmieciara, parkuje nieopodal przy promowisku i ludzie zaczynają ładować do niej worki. Palety wody mineralnej, pudla z owocami i warzywami, kartony wina i zamarznięte połcie mięsa trafiają na wózki i odjeżdżają do restauracji. Swoją porcję towarów dostaje też samochód i dostojnie, choć z niejakim rzężeniem odjeżdża pod górę. Wysiada też kilka osób i prom odpływa w stronę Agia Rumeli. Wróci za półtorej godziny i wtedy śmierciarka zabierze odpadki z Lutro do Sfakii.

Nie wracamy dużym promem, tylko wsiadamy na kilkuosobową łódź, dowodzoną przez Sfakijczyków, którzy wyglądają jak działacze al-Kaidy albo jak potomkowie piratów Barbarossy. Morze tuż pod burtą, silnik jak w łodzi rybackiej w Mielnie, po dwudziestu minutach lądujemy w Chora Sfakion. Samochodzik wciąż stoi tam, gdzie go Michał zaparkował.

Minęło południe, więc dzień jeszcze młody, a skoro jesteśmy już po tej stronie wyspy, postanawiamy odczarować okolicę i jedziemy po raz kolejny na plażę we Frango Kastello.

I tym razem jest wspaniale. Wiatru nie ma, słoneczko piękne, morze spokojne, woda ciepła. Byczymy się. Na południe od nas Morze Libijskie, na północ – zamek wenecki. Jak już wiemy, Frago, lub Frango, a nawet Franko Castello to niby Zamek Franków i wiele osób – także ja – wiązało owo nazwę z przejściowym pobytem na Krecie wojsk krzyżowców, których nazywano Frankami, bo większość rycerzy pochodziła z Francji. Tymczasem jednak zamek zbudowali w latach 1371-1374 Wenecjanie, którzy jako katolicy dla miejscowej prawosławnej ludności byli tak samo obcy jak Frankowie. Twierdza początkowo nazywała się Zamek św. Nikity – co odwoływało się do pobliskiego kościoła pod tym samym wezwaniem, wybudowanego w połowie XIII w. na ruinach wczesnochrześcijańskiej bazyliki z VI w., zniszczonej w czasie najazdu arabskiego w VIII w. Święty Nikita, czczony zarówno przez kościół katolicki, jak i prawosławny, był Gotem, urodził się w IV w. prawdopodobnie na terenach dzisiejszej Rumunii, pochodził z arystokratycznej rodziny i początkowo służył jako dowódca wojskowy, potem się ochrzcił i był gorącym propagatorem chrześcijaństwa wśród rodaków. Skazany na śmierć i tortury przez księcia Atanaryka, został zabity, a jego ciało wykradł jego przyjaciel Marian i przewiózł do Cylicji (dziś w Turcji), pozostającej pod władzą rzymskich chrześcijan – potem Bizancjum. Jego relikwie znalazły się najpierw w Konstantynopolu, potem w Wenecji.

Kościółek znajduje się 300 metrów na wschód od zamku. Na ścianach jeszcze są widoczne weneckie freski z czasów weneckich, zaś na dziedzińcu pod warstwą żwiru kilka lat temu znaleźliśmy pozostałości wczesnochrześcijańskich mozaik. Dziś to cenna pamiątka historyczna, a okoliczni mieszkańcy co roku uroczyście obchodzą odpust św. Nikity w dniu 15 września – organizując m.in. wyścigi konne i zawody lekkoatletyczne…

Jednak mimo historyczności świątyni i męczeńskiego bohaterstwa jej patrona w XIV wieku wenecka nazwa zamku się nie przyjęła i w końcu sami Wenecjanie zaakceptowali, że ich twierdza nazywa się Frago Castello. Mieścił się tu garnizon wenecki, którego załoga wykorzystywana była do pacyfikacji buntowników ze Sfakii, odstraszania piratów i ochrony weneckich panów i ich majętności. Według lokalnej tradycji początek budowy był dla Wenecjan dość trudny: co zbudowali w dzień, to w nocy było niszczone przez sześciu braci Patsosów z pobliskiej miejscowości Patsianos. Ten sabotaż skończyło się tak, jak można było przewidzieć: Wenecjanie ściągnęli wojsko, schwytali Sfakijczyków na gorącym uczynku i dla przykładu powiesili. W efekcie w latach 70. XIV w. powstała niewielka prostokątna twierdza z wieżami w każdym rogu, ozdobiona weneckim herbem nad bramą. Wnętrze (wstęp 2 €, dzieci do 12 roku za darmo) dziś jest zupełnie puste i stanowi smutne świadectwo walk, prowadzonych przez miejscową ludność z kolejnymi okupantami – tureckimi, którzy obsadzili zamek swoimi żołnierzami. W 1770 r. przywódca powstania antytureckiego Ioannis Vlachos „Daskaloyioannis” zajął Frangocastello, ale uległ przeważającym siłom tureckim i po torturach został stracony w Heraklionie.

Najbardziej dramatycznym wydarzeniem w dziejach zamku była bitwa z maja 1828 r., kiedy to ok. 300 powstańców, głównie ze Sfakii, ale też z Epiru, pod dowództwem Hatzimichalisa Dalianisa zajęło zamek, gdzie przez tydzień bronili się przed liczącą przeszło tysiąc osób armią turecką. 17 maja Turcy wdarli się do środka, zabili wszystkich, a ich ciała porzucili na plaży. Nie załamało to okolicznych partyzantów, którzy urządzili swoje siedziby w lokalnych wąwozach i stamtąd podejmowali wypady, by pomścić swoich zabitych.

Od tamtej pory w rocznicę bitwy, w II połowie maja i początkach czerwca, przy pewnych warunkach atmosferycznych (spokojne morze, duża wilgotność powietrza, niskie położenie słońca) podobno widuje się wielką grupę duchów - ubranych na czarno uzbrojonych pieszych i jeźdźców poruszających się w milczeniu przez plażę koło Frangocastello, otulonych strzępami mgły, stąd też nazwa tego zjawiska: Drousoulites, czyli ludzie z mgły. Rozmaicie próbowano wytłumaczyć ten fenomen, najczęściej mówi się o fatamorganie, załamaniu słońca w kropelkach mgły, odbiciu rzeczywistych wydarzeń aż z północnej Afryki – ale żadne wytłumaczenie nie zostało ostatecznie zaakceptowane przez świat nauki. Zjawisko ma być tak realistyczne, że ponoć w 1870 roku przechodząca obok grupa żołnierzy tureckich wpadła na jego widok w panikę, zaś w czasie II wojny światowej patrol niemiecki otworzył ogień do widmowego pochodu.

Nie widziałem – nie byłem w maju we Frangocastello. Może warto by się wybrać i obejrzeć lokalną, patriotyczną wersję potwora z Loch Ness?

Wczesnym popołudniem wracamy do Kato Stalos Beach i uspokajamy i Sofoklisa, i naszą sprzątającą Marysię, że nic się nam nie stało – wyjechaliśmy na dwa dni bez zawiadomienia, więc niepokoili się o nas.

Popołudniowa kąpiel w Morzu Kreteńskim upewnia nas, że lato jeszcze trwa także po północnej stronie wyspy.

 

--> Odcinek 6