Maciej Pinkwart

Duża porcja Grecji

 

Odcinek piąty

TUTAJ poprzedni odcinek

 

Stare lwy

 

 

 16 czerwca 2017. Dzień zapowiada się ulgowo. Przede wszystkim jakoś tak nie ma pełnej lampy, gdzieś tam od strony Attyki pokazują się chmurki, więc siedzimy na plaży dłużej niż poprzedniego dnia, bo nie wiadomo, jak będzie po południu. Mamy w planach krótką wycieczkę i ewentualne byczenie się jeszcze po powrocie. Korzystamy z faktu, że rosyjskie fleciki pojechały rano z tatusiami rowerkiem wodnym na Koronisi, więc spokój jest taki, że nawet można się na leżakach nieco zdrzemnąć. Ale prawie zaraz po dwunastej Renatka włącza budzenie, więc trzeba się zbierać. W planach jest zwiedzanie Myken, drobnostka - to ledwie 30 kilometrów od Tolo, przeważnie doskonałą drogą, w pół godziny się wyrobimy. Nie przewidziałem, że nasza kierowniczka wycieczki poza miastem Agamemnona przewidziała nam jeszcze inne atrakcje... Mam złe przeczucia co do pogody, bo zeszłym razem musiałem chronić się przed deszczem w mykeńskich tolosach, ale w sumie nie ma się czym przejmować - to przecież Grecja: popada i przestanie. Na razie jednak jest sucho, a słońce co chwila wygląda zza chmur. Przejeżdżamy znów przez senne Asini, gdzie w kafenionie już drugi dzień siedzą ci sami faceci w średnim wieku, chyba turyści, bo towarzyszy im dziewczyna: miejscowa społeczność obywa się w lokalach bez kobiet. Przy ulicach wygrzewają się psy i koty i wydaje się nam, że to jedyne zwierzęta w okolicy. Zaczynamy tęsknić do dzikich kóz na skałach Krety i stad owiec na Zakyntos.

Ale przecież nie zawsze tak było. Grecka mitologia, a niemniej - archeologia opowiada nam o prawdziwym ogrodzie zoologicznym, jaki był w tych stronach w czasach prehistorycznych. Z kilku stanowisk archeologicznych na Peloponezie pochodzą znaleziska, pokazujące istnienie w tej okolicy słoni karłowatych - takich samych, jakie mieszkały na Krecie. W paleolicie nie tylko na nie polowano, a nawet - jak można przypuszczać z odkopanych szczątków w jaskini Francthi koło miasta Kranidhi, jakąś godzinkę drogi od naszego Tolo na wschód - próbowano je hodować na mięso. Parę tysięcy lat temu po Peloponezie biegały bizony, bawoły, dzikie osły, konie i kozy. Jeszcze w XVI wieku żyły tu niedźwiedzie, już w naszych czasach wyginęły rysie, jelenie i sarny. Do dziś po lasach kryją się wilki, szakale, borsuki i dziki. A do czasów mykeńskich, czyli mniej więcej do X stulecia p.n.e. na Peloponezie, na Krecie, w Grecji kontynentalnej, w Azji Mniejszej i w południowej Europie polowano na lwy.

Lew w Europie?  No, oczywiście! O jego obecności w Grecji wspominają historyk Herodot, filozof Ksenofanes i systematyk Arystoteles, pisarz Eurypides, historycy Apollodor i Diodor Sycylijski oraz wielu innych, ale możliwe, że były to kolonie tych królewskich zwierząt, które przywędrowały do Europy z Azji. W sumie - nic dziwnego: powtarzałyby tylko drogę, którą przebył i homo sapiens. Ale w prehistorycznym malarstwie jaskiniowym mamy piękne przedstawienia rodzimych lwów - najciekawsze w Jaskini Chauveta we Francji, z okresu górnego paleolitu, czyli sprzed ok. 30.000 lat. Młodsze lwy (ok. 12.000 lat p.n.e.) sami oglądaliśmy w jaskini Niaux w Pirenejach, pojawiają się też w Lasceaux i innych miejscach - stąd można przypuszczać, że w okresie prehistorycznym ten megakotek był dość popularny. Znajdowano także szkielety lwów - najbardziej znany odkryto w jaskini Slouper koło Brna na Morawach. W Polsce szczątki lwów odnaleziono na Białostoczczyźnie, w Sudetach i w Tatrach (najbliżej Zakopanego - w Jaskini Magurskiej koło Kuźnic), a także na Śląsku, w Wielkopolsce, na Pomorzu i na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Na podstawie badań tych znalezisk uczeni określają je jako osobny podgatunek i nazywają je lwami jaskiniowymi. Były znacznie większe od dzisiejszych lwów i podobno były spokrewnione z tygrysami. Samce miały do 3,5 m długości i ważyły ponad 300 kilogramów, samice były nieco mniejsze. Były, co prawda, pokryte gęstym futrem - ale samce nie miały charakterystycznej grzywy. Jeszcze do tego wrócimy. Zapewne wspomnienia niełatwych polowań na króla zwierząt w Europie utrwaliły się w pamięci historycznej - stąd popularność lwa w heraldyce na długo przed tym, zanim Europejczycy zaczęli polować na te zwierzęta w ich pierwotnej ojczyźnie - Afryce. Inną reminiscencją pradawnych związków ludzi z lwami mieszkającymi na pobrzeżach Morza Śródziemnego są legendy i rzeźby sfinksów - stworzeń, będących hybrydami człowieka i lwa. Najbardziej znanym sfinksem była postać, która mieszkała przy wejściu do miasta Teby i pożerała ludzi, którzy nie potrafili rozwiązać jej zagadek. Jak wiadomo - na pytania Sfinksa (Sfinksy?) odpowiedział dopiero nieszczęsny Edyp, co stało się zresztą elementem jego tragedii.

Dziś jednak wypada pogodzić się z tym, że sfinksy też wyginęły, żywe lwy najbliżej są chyba w ogrodzie zoologicznym Attikapark w Atenach, a argolidzką faunę reprezentują wyłącznie psy, koty, jakieś krążące wysoko drapieżne ptaki, sporadycznie niewielkie stadka długouchych owiec. Jadąc między polami i gajami pomarańczowymi dojeżdżamy do Midei, która dziś będzie naszym pierwszym przystankiem. Dokładnie rzecz biorąc - niewielkie (ponad 500 mieszkańców) miasteczko omijamy jego południowym skrajem, by dotrzeć do odległej o kilometr cytadeli z epoki mykeńskiej. Twierdza była prawdopodobnie wysuniętym na południowy-wschód przyczółkiem królewskiej stolicy w Mykenach, strzegącym kraju przed atakiem ze strony sąsiadów z Argos. Ułatwiało to usytuowanie cytadeli na wzgórzu, wznoszącym się przeszło 268 m n.p.m., skąd doskonale widać było wszystkie drogi, wiodące przez argolidzką równinę.  Dziś z dawnego akropolu midejskiego niewiele zostało, ale już same resztki cyklopowych murów otaczających twierdzę robią wrażenie: fortyfikacja ma 450 metrów długości, dochodzi niekiedy do 7 metrów szerokości i 7 metrów wysokości. We wnętrzu zachowały się pozostałości kilku bram wjazdowych oraz potężne schody, łączące dolną i górną część akropolu. Według archeologów, osadnictwo pojawiło się w Midei w V i IV tysiącleciu przed naszą erą, rozwinęło się w początkowym i środkowym okresie epoki brązu (3200-1600 p.n.e), a największego znaczenia twierdza nabrała w czasach świetności Myken, czyli w latach 1600-1200 p.n.e. W XIII w. p.n.e. Midea, podobnie jak Mykeny i trzecia z twierdz mykeńskich w Argolidzie - położony dalej na południe Tyrins została zniszczone przez trzęsienie ziemi, a dobił ją ok. -1100 r. najazd Dorów.

Wracamy do miasteczka i jedziemy przez dwa kilometry z powrotem do głównej drogi, aż do miejscowości Dendra, gdzie odszukujemy pochodzące także z okresu mykeńskiego (dokładniej: z XIV i XIII w. p.n.e.) cmentarzysko. Na rozległym terenie widzimy kilkanaście mało atrakcyjnych grobów komorowych i jeden efektowny tolos -  zapewne należący do władcy Midei wysoko sklepiony grób królewski, do którego prowadzi długi korytarz - prawie 18-metrowy dromos. Okrągłe pomieszczenie tolosu ma przeszło 7 metrów średnicy i co najmniej tyle miało wysokości przed IX w. p.n.e., kiedy to wskutek trzęsienia ziemi zostało częściowo zawalone. Wykopaliska ujawniły w środku kości ludzkie, złotą, srebrną i brązową biżuterię, oraz liczne przedmioty z fajansu, szkła i kości słoniowej. Wiele wskazuje, że pochowano w nim kobietę. Tolos pochodzi z lat 1450-1350 p.n.e. Czy mogłaby to być Hippodamia, żona Pelopsa - założyciela dynastii mykeńskiej?

Przed nami prawie 12 kilometrów jazdy na północny zachód - do potężnej niegdyś stolicy państwa, którego nazwa była synonimem potęgi, władzy i... zbrodni, a jednocześnie stała się określeniem ważnego i długo trwającego okresu historycznego. Mykeny to - by tak rzec - najważniejsze ruiny w Grecji. I jedna z nielicznych miejscowości, które - choć realnie pozostało po niej mnóstwo konkretów - istniały wyłącznie w czasach prehistorycznych, a zasiedlały je tylko postacie mityczne. Mityczne? A może mitologiczne? Czy to to samo? Jadąc do Myken, cały czas zastanawiam się, jak trzeba podchodzić do greckiej mitologii - jak do ciekawych bajek, wymyślonych z nudów przy ognisku przez prymitywnych zbieraczy i myśliwych, pierwszych rolników i hodowców oraz spragnionych władzy kapłanów i oligarchów? Czy są to legendy, niosące echa wydarzeń tak dawnych, że ich konkretne opisy dawno rozpłynęły się w pomroce dziejów? Czy może przypowieści, ubierające w zestaw łatwych do przyswojenia pojęć wydarzenia z czasów tak odległych, że nie zachowały się żadne wiarygodne świadectwa ich przebiegu? Bogowie... Herosi... Królowie... Włożeni do jednej szuflady z napisem mitologia, traktowani niepoważnie, jak opowieści o duchach, Babie Jadze czy krasnoludkach - ale przez wiele tysięcy lat traktowani tak samo realnie, jak my dziś traktujemy postacie z odległej historii: Karola Wielkiego, Bolesława Chrobrego, Czyngiz Chana... Obdarzani wiarą równie powszechną i równie żarliwą, jak Ra, Amon i Ozyrys, Jahwe, Chrystus i Matka Boska, Allach i Mahomet, Budda i Kali...

Mykeny są najbardziej przekonującym dowodem na to, że są miejsca, gdzie mit przemawia poprzez konkret. Ba, ale ile w tym wszystkim jest naszej, współczesnej, chęci do uporządkowania sobie świata i skatalogowania wszystkiego wedle jakichś bibliotecznych fiszek, które przechowujemy w swoim mózgu i w swojej tradycji? Zanim dojedziemy, spróbujmy wyciągnąć kilka tych fiszek i przedstawić miejsce i dramatis personae. Uprzedzam: nie będzie sympatycznie. Mykeny to miejsce wyjątkowo ponure i okrutne.

 

Pamiętamy z Krety, jak to parę tysięcy lat przed naszą erą zbrojne plemiona mykeńskie najechały na pokój miłujących żeglarzy i artystów z rodu króla Minosa i podbiły wyspę, a z nią - inne tereny, skolonizowane przez Minojczyków, wywodzących się po kądzieli od azjatyckiej królewny Europy, a po mieczu od boskiego Zeusa. Mykeńczycy też dorabiali sobie arystokratyczne, a więc azjatycko-olimpijskie pochodzenie. Oto Zeus, jak zwykle, zakochał się w swojej siostrze przyrodniej, nimfie Pluto, która urodziła mu syna o imieniu Tantal - późniejszego króla azjatyckiej Lidii. Król bogów pokochał syna wielką miłością, zapraszał na Olimp, częstował ambrozją, którą zresztą Tantal podkradał i rozdawał swoim ludzkim przyjaciołom, na co bogowie patrzyli przez palce, więc Tantal uznał, że ani nie są oni wszechwiedzący, ani wszechpotężni. Ożenił się z plejadą Dione i miał z nią dwoje dzieci: córkę Niobe i syna Pelopsa. Zaprosił kiedyś bogów do swojej rezydencji na górze Sipylos w Lidii (dziś w Turcji), wyprawił wystawną ucztę, na końcu której podał Olimpijczykom na złotej tacy poćwiartowanego i ugotowanego własnego syna Pelopsa - nie mówiąc, oczywiście, że częstuje ich ludziną. Bogowie jednak byli wszechwiedzący i ze wstrętem odwrócili się od półmiska, jedynie zamyślona Demeter ogryzła kawałek łopatki. Na rozkaz Zeusa Hermes wsadził szczątki z powrotem do kotła i gotował tak długo, aż przywrócił Pelopsowi życie, a Hefajstos wstawił mu w łopatkę płytkę z kości słoniowej - stąd potem wszyscy jego potomkowie mieli na plecach charakterystyczne znamię.

A dalsze losy Tantala były nie do pozazdroszczenia. Najpierw został uwięziony w jaskini pod Sipylos, a w tym czasie na Lidię napadł Ilos, założyciel Ilionu, czyli Troi, mszcząc się za wcześniejsze zabicie przez Tantala jego syna, Ganimedesa. Po wielu latach pod Troją spotkają się potomkowie Tantala, walcząc z potomkami Ilosa. Bogowie srogo dotknęli też córkę Tantala, Niobe, która zginęła wraz z niemal wszystkimi dziećmi z rąk okrutnej Artemidy i jej brata, Apollina. Sam Tantal został w końcu karnie strącony do Tartaru, gdzie został umieszczony po szyję w sadzawce z krystalicznie czystą wodą, nad którą rosły przepiękne i dorodne drzewa owocowe. Ale gdy spragniony Tantal chciał się napić - lustro wody obniżało się, ukazując spękaną od suszy ziemię. Kiedy sięgał po owoc, by go zjeść - gwałtowny wiatr odginał gałęzie tak, że nie mógł ich dosięgnąć. Na domiar złego koło sadzawki znajdowała się niestabilna skała, która w razie próby ucieczki mogła spaść i pogrzebać cierpiącego męki Tantala.

Uratowany zaś przed boską konsumpcją Pelops wobec trwającej wojny z Ilosem uciekł wraz z kilkunastoma towarzyszami z Azji do Grecji i zamieszkał na terenie półwyspu, który od jego imienia został nazwany później Peloponezem. Zakochał się tam w Hippodamii - pięknej córce króla Pisy w Elidzie - zachodniej części półwyspu i poprosił jej ojca, Ojnomaosa, o jej rękę. Ale król sam był zakochany w swojej córce i wobec każdego z jej zalotników - a było ich przed Pelopsem dwunastu - stawiał jako warunek udział w morderczym wyścigu rydwanów na trasie z Pisy do Przesmyku Korynckiego, czyli na trasie około 200 km przez góry. Zalotnik - z Hippodamią jako pasażerką - wyruszał rydwanem jako pierwszy, zaś Ojnomaos dawał mu fory, odprawiając modły do bogów, po czym wsiadał w swój rydwan, zaprzężony w cudowne konie, podarowane mu przez jego ojca - boga Aresa, bez kłopotów doganiał przeciwnika i obcinał mu głowę, którą następnie wieszał nad bramą swego pałacu. Hippodamia zakochała się w młodym i pięknym Pelopsie, a że miała już po dziurki w nosie ojca-molestanta, namówiła kochającego się też w niej woźnicę, opiekującego się królewskim rydwanem Myrtilosa, by zamienił osie w kołach z brązowych na woskowe. W efekcie rydwan się wykoleił i król Pisy poniósł śmierć. Pelops zatem wygrał, pojął Hippodamię za żonę i został królem Elidy. Ale niebawem woźnica Myrtilos chciał zapewne rekompensaty cielesnej za swą usługę, a może to sama Hippodamia próbowała go uwieść pod nieobecność Pelopsa, a potem oskarżyła przyjaciela o próbę gwałtu, Pelops natychmiast go zabił i ciało wrzucił do morza, między Peloponezem a Cykladami, które odtąd nazywa się Morzem Mirtejskim. A przedtem Myrtilos przeklął cały ród, który mieli zapoczątkować Pelops i Hippodamia.

Rzeczywiście, wszystko potoczyło się fatalnie. Także i dlatego, że żona urodziła Pelopsowi kilkanaścioro dzieci, wśród których miały się wszcząć niesnaski o schedę. W dodatku Pelops nie był Hippodamii wierny i ze związku z inną kobietą miał syna Chrysipposa, który był bardzo piękny. Zakochał się w nim przebywający w gościnie u Pelopsa król Teb - Lajos i uprowadził go do swego miasta. Ten Lajos to mąż Jokasty i ojciec nieszczęsnego Edypa. Czternastoletni Chrysippos najpierw godził się z rolą kochanka króla, ale w końcu popełnił samobójstwo, albo - jak głoszą inni - został zabity przez swych przyrodnich braci Atreusza i Tiestesa, przy współudziale macochy - Hippodamii. Za ten czyn Pelops osadził żonę w twierdzy w Midei, a synów wygnał. Oni także udali się do sąsiedniego królestwa, założonego "dawno, dawno temu" przez Perseusza.

Ten z kolei argolidzki bohater przyszedł na świat jako kolejne dziecko nieokiełznanego kochanka, jakim był Zeus. Rzecz miała miejsce w Argos, gdzie rządził król Akrizjos, któremu wyrocznia przepowiedziała, że zginie z rąk własnego wnuka. Miał wtedy niezamężną córkę o imieniu Danae, więc zamknął ją w piwnicy ze spiżu, z niewielkim zakratowanym okienkiem w dachu. Zeus zobaczył piękną ziemiankę - i spadł na nią w postaci złotego deszczu. Już wtedy wiedziano, że nic tak skutecznie nie działa na miłość, jak złoto... W wyniku tych meteorologicznych działań urodził się chłopiec, więc by uniknąć przeznaczenia, dziadek zamknął noworodka z matką w drewnianej skrzyni, którą kazał wrzucić do morza. Ale Posejdon był łaskaw i skrzynia bezpiecznie wylądowała na wyspie Serifos na Cykladach. Tam ich uratowano, Perseusz wyrósł na dzielnego młodzieńca, a zakochany w Danae władca wyspy Polidektes chcąc się go pozbyć, wysłał go w podróż, by przyniósł mu głowę najmłodszej z Gorgon - Meduzy. Tak też się - z pomocą Ateny - stało, młodzieniec głowę obciął bez patrzenia, z kadłubka urodził się latający koń - Pegaz, wiernie odtąd służący synowi Zeusa, przywiózł głowę Polidektesowi, który spojrzał na Meduzę i skamieniał, Perseusz oddał głowę Atenie, która umieściła ją na swojej tarczy - egidzie, a heros wrócił do Argos, gdzie właśnie odbywały się igrzyska. Perseusz wystąpił jako dyskobol, a rzucony dysk zrządzeniem losu poszybował w stronę trybuny honorowej, uderzając prosto w głowę Akrizjosa. Tak przepowiednia się wypełniła. Jednak przypadkowy dziadkobójca nie chciał dalej mieszkać w Argos, więc wyprowadził się najpierw do Tyrinsu, a potem wybudował nowe miasto Mykeny - nazwane tak od rosnących tam w dużych ilościach grzybów (μύκητας), prawdopodobnie halucynogennych, bo bardzo interesował się nimi przyrodni brat Perseusza, bóg Dionizos. Co prawda, geograf Pauzaniasz powiada, że grzyb tam był, i owszem, ale jakiś dziwny: bowiem gdy Perseusz dotarł do tego miejsca, w środku lata i w pełnym słońcu, był tak spragniony, że zauważywszy rosnącego przy kamieniu grzyba, zerwał go, chcąc wyssać z niego choć trochę soku, a wówczas z miejsca, gdzie rósł, wytrysnęło źródło ożywczej wody.

Żoną Perseusza została piękna Andromeda, córka Cefeusza i Kasjopei, królujących w Etiopii, którą heros uwolnił z opresji, kiedy to miała być dana w ofierze Posejdonowi, nękającemu królestwo przy pomocy ohydnego morskiego smoka. Mieszkali w Mykenach albo w Tyrinsie, żyli długo i szczęśliwie i mieli siedmioro dzieci, z których kilkoro było ważnych dla mitologii greckiej i dla historii mocarstwa mykeńskiego. Po śmierci Perseusza, którego tatuś Zeus swoim zwyczajem przeniósł na nieboskłon w postaci gwiazdozbioru o tej samej nazwie, jego syn Alkajos został królem Tyrinsu, zaś Elektryon władał Mykenami. Wrócimy do nich za chwilę, ale na razie zajmijmy się ich siostrą o wdzięcznym imieniu Gorgofona, czyli Zabójczyni Gorgony - choć przydomek ten należał się jej ojcu, nie jej. Dziewczyna wyszła za mąż za Perieresa, króla Sparty. Jednym z jej synów był Afareus, późniejszy król Mesenii, drugim - Ikarios, ojciec pięknej, choć posępnej Penelopy, którą potem wygrał w zawodach biegaczy słynny mędrzec i przebiegły wojownik - Odyseusz.

 

<-- Theodore Gericault, Leda i łabędź 

Giuseppe Cesari, Perseusz i Andromeda, 1620 -->

 

Trzeci z synów Gorgofony, Tyndareos po kłótniach rodzinnych odzyskał tron Sparty i ożenił się z Ledą. Wtedy do sprawy wtrącił się znów stary zbereźnik z Olimpu, który przybrał postać łabędzia i z zaskoczenia dobrał się do Ledy. A że i Tyndareos nie zasypiał gruszek w popiele, więc wkrótce Leda urodziła dwie pary bliźniaków: Kastora i Klitajmestrę, którzy uchodzili za dzieci "z prawego łoża" oraz łabędziątka Polluksa, zwanego też Polideukesem i Helenę. To właśnie "ta" Helena: Piękna, Trojańska, wydana potem za mąż za Menelausa, któremu sprzed nosa sprzątnął ją piękny i głupi jak pustak Parys, książę z Troi. Tyle na razie o linii Gorgofony.

Król Myken Elektryon ożenił się z córką swojego brata Alkajosa - Anakso, z którą miał córkę Alkmenę - kolejną najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietę na świecie. Z nią z kolei ożenił się jej kuzyn, a zarazem wujek - Amfitrion, także syn Alkajosa z Tyrinsu. Ponieważ w okolicy zrobiło się ciasno od licznych książąt i księżniczek, pretendujących do schedy po Perseuszu - państwo Amfitrionostwo przyjęli zaproszenie króla Teb, Kreona (to ten, który objął panowanie po Edypie!) i zamieszkali w Beocji, gdzie Amfitrion brał udział w wojnach, prowadzonych przez to państwo. Pewnej nocy, gdy właśnie oczekiwano jego powrotu, pojawił się pod jego postacią - no, oczywiście, któżby inny! - staruszek Zeus, który ucieszył się Alkmeną i zdążył zniknąć, zanim wrócił pan i władca, który zaraz, ledwo zdążywszy zdjąć zbroję, przystąpił do realizacji małżeńskich obowiązków. W efekcie - znanym nam już z przygody z Ledą - piękna Alkmena urodziła bliźniaków: pierwszy z nich był synem Zeusa i otrzymał imię Herakles, drugi, Ifikles - był synem Amfitriona. Chłopcy kochali się bardzo i wychowywali razem, a gdy zazdrosna o Alkmenę Hera chcąc zabić Heraklesa, wpuściła do ich pokoju dwa węże (niektórzy mówią, że była to straszliwa hydra) - obudzony krzykiem brata, którego wąż zaczął dusić, Herakles wstał z kolebki i zadusił potwory, ratując życie sobie i przyrodniemu bratu. Tak, to o nim Wieszcz pisał: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze... Walczyli potem razem, a syn Ifiklesa, Jolaos, stał się wiernym towarzyszem Heraklesa.

Zeus obiecał Heraklesowi, że jako potomek Perseusza zostanie królem Teb. Ale oczywiście do sprawy wtrąciła się Hera i spowodowała, że  Eurysteus, syn Stenelosa, który był pierwszym dziedzicem dóbr Perseusza urodził się jako siedmiomiesięczny wcześniak. Herkules nie przywiązywał do tego wagi, bo zajmował się walką i polowaniem, a pierwszym jego wielkim wyczynem (po owej kolebce...) było pokonanie kolosalnego lwa, grasującego na terytorium Beocji, gdzie rządził król Tespios, który miał pięćdziesiąt córek i żadnego syna i następcy tronu. Herakles więc dostał szczególne zadanie - w ciągu dnia tropił lwa, w nocy - przysparzał Tespiosowi wnuków. Po pięćdziesięciu dniach lew został zabity, a zleceniodawca wkrótce doczekał się 52 wnuków - bo najstarsza i najmłodsza z jego córek powiły bliźniaki. Większość z tych synów 18-letniego Heraklesa wyjechała potem ze swym kuzynem Jolaosem na Sardynię, tworząc tam pierwszą kolonię grecką.

Wkrótce potem Herakles ożenił się z Megarą, córką króla Teb Kreona i miał szansę się ustatkować. Ale Hera, która zresztą dzięki podstępowi Zeusa przez sen nakarmiła Heraklesa swoim mlekiem, dając mu nieśmiertelność i wielką siłę (gdy się obudziła, odtrąciła go tak mocno, że krople mleka doleciały aż do nieba, tworząc Drogę Mleczną) w swej nienawiści do herosa była niezwykle konsekwentna. Gdy Eurysteus został królem Myken, rozkazała Heraklesowi iść do niego na służbę. Gdy ten odmówił - zesłała na niego atak szaleństwa, skutkiem którego Herakles wyzabijał swoją żonę, dzieci i kilkoro dzieci swego brata. Za pokutę musiał udać się do Myken i przyjąć do wykonania dwanaście zabójczych zadań, które wyznaczył mu jego kuzyn - król. Pierwszym z nich było znów polowanie na lwa, tym razem niedaleko Myken - w Nemei.

 

<-- François Bucher, Herakles i Megara 

 

Zajęci Perseidami zapomnieliśmy już pewnie o Pelopidach. Zostawiliśmy ich w momencie, kiedy posądzeni o zabójstwo swego przyrodniego brata Atreusz i Tiestes zwrócili się o pomoc do rządzącego wówczas w Mykenach syna Perseusza - Stenelosa, który przyjął ich gościnnie i oddał im w zarząd Mideę. Prawdopodobnie zamieszkała tam też ich matka, Hippodamia, która wkrótce zmarła. Syn Stenelosa, Eurysteus, zajęty upokarzaniem Heraklesa i strachem zarówno przez nim samym, jak i przed jego boskim ojcem, który synowi obiecał tron mykeński spowodował, że wciąż obrażany heros pozabijał większość dzieci króla, a potem - gdy  przez nieostrożność swojej żony Dejaniry sam zginął, a następnie został wniebowzięty przez Zeusa - wszczął wojnę  Atenami, które udzieliły poparcia synom Heraklesa, pretendującym do władzy w Mykenach. Wojna skończyła się śmiercią Eyrysteusa i wszystkich, którzy mogli po nim dziedziczyć. Tron w Mykenach opustoszał.

Nie na długo jednak. Wyrocznia podpowiedziała Mykeńczykom, że królem powinien zostać syn Pelopsa. Łatwo powiedzieć: w pobliskiej Midei było ich aż dwóch... Na skutek demokratycznego wyboru na tronie zasiadł Atreusz, a Tiestes, którego intrygi i próby sfałszowania opinii wyroczni wyszły na jaw - został wygnany miasta. Ale w międzyczasie okazało się, że wcześniej zdążył uwieść żonę Atreusza - Aerope, więc wiedział że Atreusz będzie szukał okazji do zemsty. Jednak po kilku latach brat wysłał do niego poselstwo z propozycją pogodzenia się. Tiestes przyjął zaproszenie na braterską ucztę, w czasie której - jakieś genetyczne obciążenie po dziadku Tantalu, czy co? - Atreusz podał mu pieczeń, przyrządzoną z ciał trzech jego synów... A na koniec pokazał mu ich ścięte głowy.

 

<-- Atreusz           Michael Václav Halbax, Uczta Atreusza i Tiestesa --> 

 

Wtedy ze zgrozy spowodowanej tym okrucieństwem zaćmiło się słońce. Tiestes jednak ocalał, uciekł i za radą wyroczni zgwałcił własną córkę Pelopię, będącą wówczas kapłanką Ateny w Sykionie. Dziewczyna zaszła w ciążę, ale nie wiedziała, kim był gwałciciel. W tym stanie spotkał ją król Atreusz, ożenił się z nią, a gdy urodziła syna - choć wiedział, że to nie jego dziecko - uznał go i wychował Egista jak syna. Gdy ten dorósł, dowiedział się, kto jest jego prawdziwym ojcem, i powiedział to matce. Ta na wieść o tym, że zniewolił ją jej własny ojciec, przebiła się mieczem, który gwałciciel niegdyś porzucił w świątyni. Egist odszukał ojca i zamiast go zabić, jak polecił mu Atreusz - przyłączył się do organizowanego przezeń buntu przeciw królowi i własnoręcznie - wciąż tym samym mieczem - zabił stryja, po czym razem z Tiestesem objęli rządy w Mykenach. Legalni następcy tronu, synowie Atreusza Agamemnon i Menelaos zostali wygnani. Znaleźli schronienie w Sparcie, skąd na czele tamtejszych wojsk niebawem powrócili, wygnali uzurpatorów, a na tronie mykeńskim zasiadł Agamemnon, który władając całą Argolidą stał się najpotężniejszym królem Peloponezu. Za żonę pojął córkę króla Sparty, Klitajmestrę, która wcześniej była zamężna z królem leżącego koło Sparty Amyklaju, Tantalem - synem Tiestesa. Agememnon Tantala zabił w pojedynku, zamordował też maleńkiego synka Klitajmestry i Tantala, a potem przejął jego majątek i żonę. Miał z nią trzy córki: Chryzotemis, Ifigenię i Elektrę oraz syna Orestesa. Wszystkie te postacie to znani bohaterowie literatury antycznej.

Młodszy brat Agamemnona, Menelaos dostał za żonę młodszą siostrę Klitajmestry, córkę Tyndareosa (a właściwie - Zeusa) i Ledy - Helenę. Naturalnie - najpiękniejszą kobietę świata. Mieszkali razem w Sparcie, a może w Amyklaju. I właśnie z Amyklaju porwał Helenę Parys i uprowadził do Troi, korzystając z faktu, że Menelaos musiał wyjechać na Kretę, na pogrzeb swego dziada Katreusa, ojca Aerope. Uprowadzenie żony Menelaosa wykorzystał Agamemnon do rozpoczęcia wojny z Troją, która wyrosła na potęgę, zagrażającą Achajom. Na wojnę wybrali się - na wezwanie króla Myken - wszyscy wodzowie i królowie miast greckich. Po złożeniu w ofierze Artemidzie swojej pięknej córki Ifigenii Agamemnon obawiał się, że jego żona wykorzysta to jako pretekst, by podburzyć przeciw niemu lud i sama objąć rządy, więc wysłał do niej jako posłańca i stróża zarazem swego kuzyna Egista,  którym już dawno się pogodził, a nawet zaprzyjaźnił. Egist wypełnił jego polecenie jak najściślej: opowiedział Klitajmestrze o tragedii jej córki i obawach Agamemnona, po czym został jej kochankiem i wspólnie z nią objął rządy nad Mykenami, wmawiając ludowi, że król zginął i tron należy się wdowie. Były jeszcze, oczywiście, królewięta. Ifigenia - jak sądzono - już nie żyła, Orestes został wywieziony za granicę przez swoich wychowawców i trafił do Fokidy, gdzie syn tamtejszego króla Pylades, został jego intymnym przyjacielem, Chryzotemis uznała, że trzeba zaakceptować nową rzeczywistość, zostawała więc tylko Elektra, chowająca się po kątach pałacu z szaleństwem w oczach, więc jako szaloną przedstawiano ją ludowi.

 

<-- Agamemnon                                Zabójstwo Agamemnona, Pierre Narcise Guerin -->

 

 Wydawało się więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, by uzurpatorzy spokojnie rządzili w Mykenach. Ale minęło dziesięć lat i Troja została zdobyta, Agamemnon wrócił w chwale i został czule powitany przez żonę i kuzyna. Pierwsza kąpiel w domu okazała się zarazem ostatnią - Klitajmestra z Egistem zarąbali go w wannie siekierami. Zginęła też przywieziona z Troi branka króla - wieszczka Kasandra, córka króla Priama, która oczywiście cały ten dramat przepowiedziała, ale Agamemnon ją wyśmiał. Mordercy nie zapomnieli też uśmiercić bliźniąt niedawno urodzonych przez trojańską królewnę. Elektra została przemocą wydana za mąż za okolicznego wieśniaka, który jednak nie skonsumował małżeństwa, więc córka Agamemnona trafiła do aresztu domowego. Po siedmiu latach dorosły już Orestes wrócił do Myken (być może z siostrą Ifigenią, odnalezioną na Krymie w świątyni Atremidy) i przy pomocy Elektry dokonał zemsty, zabijając Egista i - wbrew sobie, ale z rozkazu Apolla - swoją matkę. Uciekł potem  pałacu, ścigany przez Erynie - boginie zemsty i wyrzutów sumienia - i trawiony przez szaleństwo chciał popełnić samobójstwo, ale powstrzymany przez Apolla, został przez sąd w Atenach usprawiedliwiony i uniewinniony. Ożenił się potem ze swoją kuzynką Hermioną (córką Menelausa i Heleny), przezwyciężając swoją miłość do Pyladesa (który, żeby być blisko, ożenił się z Elektrą), objął tron w Mykenach, a następnie przyłączył do nich Argos i Arkadię, stając się największym władcą na Peloponezie. Największym także w sensie ścisłym: gdy zmarł jako 90-letni starzec od ukąszenie węża, pochowano go prawdopodobnie w Mykenach, ale po latach na skutek polecenia wyroczni delfickiej jego kości przeniesiono do Sparty. Gdy go tam pochowano, okazało się, że szkielet mierzył siedem łokci, czyli 330 centymetrów...

 

<-Orestes zabija Egista         

William-Adolphe Bouquereau, Orestes ścigany przez Erynie -->

 

Orestes stał się przede wszystkim wielkim bohaterem literatury: o tragicznych wydarzeniach w Mykenach, które działy się podobno mniej więcej na przełomie XII i XI w. p.n.e. pisali Homer i Pindar, Ajschylos, Sofokles i Eurypides, a także historyk Herodot i wielu innych. Po śmierci giganta tron mykeński objął syn jego i Hermiony - Tisamenus, ale dość szybko go stracił, zabity w wojnie z potomkami Heraklesa, którzy jako pra-prawnukowie herosa zgłosili pretensje do dziedzictwa władzy na Peloponezie. Królestwo mykeńskie wkrótce potem podzielili między siebie, tworząc osobne państwa w Argos, Mykenach, Sparcie. Elidzie i Mesenii. Tak przeminęła krwawa chwała Myken.

 

Ja wiem, że to było trudne: tyle nazwisk, tylu ojców, matek i kochanek, czasem nawet wuj się trafił, tyle miejsc, tyle zbrodni, tyle romansów i zdrad... Wiadomo, że to co piszę to nie jest romans z Harlequina, ani popularny przewodnik sieciowy, więc nie każdy może to chcieć czytać. Ale też i nie mam ambicji, żeby pisać dla wszystkich - zostawiam to młodszym kolegom. I koleżankom. Jednego nie można zarzucić temu co napisałem - nadmiaru dat historycznych. Bo też historia zaczęła się dopiero wtedy, gdy ostatni duch Perseidów, Pelopidów i Heraklidów opuścił mykeńską fortecę, już ok. -1100 r. zniszczoną przez barbarzyńskich Dorów, którzy założyli podstawy już jak najbardziej historycznego państwa Spartan.

My tymczasem dojeżdżamy do sennego dziś miasteczka Mykines, liczącego zaledwie 350 stałych mieszkańców, ale wyraźnie nastawionego na turystykę i znakomicie ogrywającego swoją mitologiczną przeszłość, przede wszystkim w dziedzinie gastronomii. Tę nazwę osada nosi dopiero od 1916 r. - przedtem była to wieś Charvati, mało związana ze starożytną stolicą. Ruch się zagęszcza, mijamy restauracje "Agamemnon Palace", "Electra", "King Menelaos", kemping "Atreus", hotel "La belle Helene"... Z powodów profesjonalnych wybieram restaurację "Homer", ale na obiad czas przyjdzie dopiero po zwiedzeniu Myken. Na razie jest wczesne popołudnie, niebo się chmurzy a ja mam przykre wspomnienie z poprzedniego pobytu, kiedy to uciekałem przed ulewą do Grobu Agamemnona...

Gaje cytrusowe po bokach drogi ustępują miejsca alei eukaliptusów, nieco egzotycznych na Peloponezie. Ale okazuje się, że eukaliptusy to pochodzący z Australii prezent od rządu brytyjskiego, który podarował je Grecji po 1830 r., kiedy to powstało samodzielne państwo greckie. Wyjeżdżamy z miasteczka na północny-wschód, prawie 100 metrów pod górę. Niebawem mijamy drogowskaz prowadzący do "Skarbca Atreusza", ale na razie jedziemy jeszcze wyżej, do obszernego parkingu koło wejścia do Mykeńskiego Muzeum Archeologicznego, gdzie gromadzone są oryginały lub (częściej) kopie znalezisk z terenów cytadeli. Opodal kasa - bilet od kwietnia do października 12 € normalny, 6 € ulgowy (poza tym sezonem połowę) obejmuje wstęp do cytadeli (czyli, jak tu się mówi: na akropol), do Skarbca Atreusza i do muzeum. Przechodzimy przez bramę i cofamy się o jakieś 3,5 tysiąca lat. Akropol otoczony jest cyklopowymi murami (utworzonymi przez tak wielkie kamienie, że - jak sądzono - byli w stanie je ułożyć tylko obdarzeni ogromna siłą Cyklopi, sprowadzeni przez Perseusza z Azji) o wysokości dochodzącej do 12 metrów i szerokości 7 metrów, na długości przeszło 1 km. Naturalnie, łączy je tylko grawitacja. Pochodzą z XIV i XIII w. p.n.e. i obejmują teren ok. 3000 m2. Zabudowa fortecy powstawała w trzech etapach. Jak to bywa także i w naszych zamkach - najstarsza jest część najwyższa, środkowa obejmuje najciekawsze pozostałości akropolu, najpóźniej powstała część północna, zarazem najniższa, obejmująca bezpieczne dojście do podziemnej cysterny gromadzącej wodę. Poza murami znajdują się resztki zabudowań mieszkalnych podgrodzia.

Dochodzimy do Lwiej Bramy, Bramy Lwów albo Lwic, jak się czasami mówi. Powyżej nadproża widać pięknie interesująco skomponowaną, głęboko wciętą płaskorzeźbę. Wspierające się o minojską kolumnę świątynną, stojące tylnymi łapami na postumentach zwierzęta w heraldycznej pozie są nie tylko majestatyczne, ale też stanowią najstarszy i największy zabytek rzeźbiarski w Grecji, a może w ogóle w Europie. Nie mają głów, które najprawdopodobniej były wykonane z innego materiału, prawdopodobnie w pełnej rzeźbie i przytwierdzone do tułowi - o czym świadczą otwory po materiale spajającym. Sądząc po niewielkiej przestrzeni, jaką dla nich pozostawiono - głowy zapewne patrzyły w stronę wchodzących. Lwy czy lwice? Artysta nie zaznaczył drugorzędnych cech płciowych. Niektórzy bystrzejsi obserwatorzy dopatrują się we wcięciu po brakującej głowie miejsca na grzywę: powiem szczerze, że ja tego nie widzę, a jeśli nawet to nie byłaby lwia grzywa, tylko raczej jakby nemes, w który zaopatrywano egipskie sfinksy. Ale brak grzywy jeszcze o płci nie przesądza - jak pisałem wcześniej, dawno temu na terenach Grecji żyły lwy bez grzywy. Ba! - do dziś w Tsavo w Kenii żyją lwy, których samce grzywy nie mają. To nie jest oczywiście żaden dowód, ale z przyjemnością zauważam, że na słynnym obrazie Francisco de Zurbarána z Muzeum Prado w Madrycie Herakles walczy z lwem nemejskim, którego grzywy prawie nie widać... Obraz jest z 1634 r., ale może artysta miał intuicję? Kilka innych przedstawień lwów, jak najbardziej greckich z tamtych czasów pokazuje także lwy bez grzywy. Oczywiście, jest całe mnóstwo dowodów na istnienie lwów z grzywami jak się patrzy...

Mniejsza o to. Brama, stanowiąca główne wejście do cytadeli, jest okazała - ma 310 cm szerokości i 278 cm wysokości. Nadproże tworzy głaz o ciężarze co najmniej 100 ton. Zamykały ją masywne drewniane drzwi, osadzone na zawiasach. Powyżej lwów prawdopodobnie znajdowały się jeszcze jakieś utracone elementy rzeźbiarskie, być może o charakterze sakralnym. Zarówno brama, jak i jej lwia dekoracja powstały w środkowym okresie istnienia cytadeli, zapewne ok. -1240 r. - a zatem mniej więcej w okresie bezpośrednio po domniemanej śmierci Agamemnona. Zadziwiające, że choć prawdopodobnie przez cały okres swego istnienia Lwia Brama była odsłonięta, widoczna dla wszystkich i wystawiona na działanie erozji - jej stan jest tak dobry. Opisywano ją z zachwytem już w starożytności (np. robił to geograf Pauzaniasz w II w. n.e.)

Zostawmy na boku wszystkie zniszczenia, wojny i demolki, jakie przetoczyły się przez teren Myken od czasów upadku dynastii Perseidów i Pelopidów: było ich zbyt wiele i zbyt były nierozumne, żeby się nimi zajmować w to piękne letnie popołudnie. Poczujmy się przez chwilę jak ci pierwsi odkrywcy, którzy przybyli do Myken wiedząc czego szukają, ale nie spodziewając się, że znajdą aż tak wiele. Pierwszym, który zidentyfikował Lwią Bramę jako wejście do twierdzy mykeńskiej był w 1700 r. Wenecjanin Francesco Grimani, przedstawiciel gubernatorstwa Republiki Morea - jak weneccy okupanci nazywali Peloponez. Prowadził on swoje badania w oparciu o opisy Pauzaniasza. Pierwsze wykopaliska naukowe i pierwsze próby restauracji Lwiej Bramy pochodzą z 1841 r. i są dziełem greckiego archeologa Kyriakosa Pittakisa (1798-1863). Warto wspomnieć szerzej o tym zupełnie niezwykłym człowieku. Już jako młody człowiek był pasjonatem archeologii i wielbicielem rodzimych zabytków, ale przede wszystkim brał udział w wojnie z okupantami tureckimi. Któregoś dnia doszło do potyczki na szczycie ateńskiego Akropolu. Kiedy Pittakis zauważył, że Turkom brakuje amunicji i zaczynają wyrywać z murów ołowiane plomby, co grozi zawaleniem konstrukcji - przerwał ogień i kazał wrogom dostarczyć pocisków, żeby ocalić Akropol. Cóż, jak to mawiają Włosi - se non e vero e bien trovato... Po uzyskaniu przez Grecję niepodległości - został pierwszym generalnym konserwatorem zabytków i w latach 1837-1840 nadzorował restaurację Erechtejonu, ale historycy sztuki i archeologowie wytknęli mu ignorancję, więc zajął się innymi pracami i w 1841 r. stanął przed Lwią Bramą i na nowo odkrył Mykeny dla Grecji. Ale znów odciągnęły go inne sprawy, mykeńskie lwy popadły w zapomnienie i dopiero w 1874 r. niemiecki archeolog amator, słynny już wówczas Heinrich Schliemann (1822-1890) przekroczył bramę z tomami Homera pod pachą i rozpoczął wykopaliska - początkowo nielegalnie, bez pozwolenia. Ale że właśnie w tym roku stał się głośnym odkrywcą Troi - pozwolenie takie wkrótce dostał i podjął prace na wielką skalę, osiągając wspaniałe rezultaty, które - jak to inspirowany prawie wyłącznie przez literaturę amator - fałszywie zinterpretował. Choćby znana i opisywana tu już złota Maska Agamemnona jest o jakieś 300 lat starsza od arcykróla Myken...

O Schliemannie wszyscy już wszystko wiedzą i nie ma takich pomyj, jakich by na niego nie wylano, głównie dlatego, że był kompletnym amatorem, zaczynał karierę jako kupiec, dorobił się majątku na sprzedawaniu broni do Rosji podczas wojny krymskiej i rozwiódł się z żoną, bo ta nie podzielała jego pasji. Że przekopał się przez wzgórze Hisarlik aż do samego spodu nie zauważając warstwy, gdzie była Troja homerowska, że znalazł skarb króla Priama, który należał do kogoś zupełnie innego i kiedy indziej, że sobie go przywłaszczył, bo chciał, żeby ładnie w nim wyglądała jego nowa żona... No i właśnie - mało kto wie, że Schliemann nauczył się greki po to, by wychwytywać wszystkie niuanse historyczne w starych tekstach, że jego pasja do Homera narodziła się w momencie, gdy jakiś stary i pewno wykształcony pijak zaczął recytować Homerowskie heksametry w sklepie, gdzie 14-letni Schliemann był praktykantem, że studiował na Sorbonie (co prawda, tylko jeden miesiąc), że wyjechał do USA, mieszkał w Kaliforni i zdobył amerykańskie obywatelstwo, że miał niezwykłą łatwość uczenia się języków obcych - potrzebował zaledwie sześciu tygodni, by mówić, pisać i czytać w dowolnym języku, że prowadził pamiętnik, który był przezeń pisany w języku tego kraju, w którym aktualnie się znajdował, że znał biegle (czyli tak jak ojczysty niemiecki) także angielski, arabski, francuski, grecki, holenderski, hiszpański, łacinę, portugalski, polski, rosyjski, szwedzki  i turecki.

Po wieloletnich nieporozumieniach z żoną, która nie podzielała jego pasji, kupił majątek w amerykańskim stanie Indiana i mieszkał tam przez 3 miesiące po to, by móc skorzystać z tamtejszego liberalnego prawa rozwodowego, po czym wrócił do Europy, przeprowadził się do Aten i pragnąć pogłębić stosunki z Grecją, dał do prasy ogłoszenie matrymonialne. Przeczytał je zaprzyjaźniony ze Schliemannem metropolita Aten Teofil i rekomendował Niemcowi na żonę własną 17-letnią krewną, która była piękna, interesowała się historią i archeologią i była mądra, o czym świadczyło jej imię - Sophia (z domu: Engastromenos). Starszy o 30 lat Schliemann kochał Zosię bezgranicznie, a ona odpłacała mu jak mogła swoim uczuciem, w dodatku chętnie jeździła razem z nim na wykopaliska - do czego nie potrafił zmusić swej pierwszej żony, Rosjanki - Jekateriny Liszyn, z którą miał troje dzieci - Siergieja, Natalię i Nadieżdę... Z Sophią miał dzieci dwoje, trojańsko-mykeńskich: córka miała na imię Andromacha, syn - Agamemnon, a ich chrzest - po normalnej ceremonii odbywał się tak, że kładł im na główkę egzemplarz Iliady, po czym recytował sto heksametrów w antycznej grece powierzając ich opiece słońca i greckich bogów. Agamemnon Schliemann wychował się w Paryżu, potem ożenił się w Nowym Jorku i przyjął obywatelstwo amerykańskie, a w 1914 r. został ambasadorem Grecji w USA. Jego ojciec kiedyś przyznał się w listach, że w czasie wykopalisk w 1873 r. w Troi  sam zobaczył w przekopywanej ziemi lśniący błysk złota i natychmiast odesłał pracującego obok kopacza tak, by słynny potem "Skarb królaPriama" mogli odkopać sami z żoną i wynieść niepostrzeżenie w jej chuście. To nieprawda - Sophia w tym odkryciu nie uczestniczyła (była wtedy w Atenach) , choć potem często paradowała w  - jak to nazywała - biżuterii Pięknej Heleny. Ale faktem jest, że Schliemann skarb ukradł, co dość szybko się wydało i Turcy cofnęli mu koncesję wykopaliskową i wydalili z kraju. Tak trafił do Myken, gdzie dmuchający na zimne rząd grecki posłał za nim specjalnego agenta, żeby mu patrzył na ręce. Tu odnalazł kilka szkieletów (jeden uznał oczywiście za szczątki Agamemnona) i słynną złotą maskę. Archeolog w 1876 r. dogadał się jednak z rządem tureckim i w zamian za zwrot części skarbu (trafiła do Muzeum Archeologicznego w Stambule) dostał pozwolenie na dalsze prace wykopaliskowe, jednak wcześniej przeszukiwał Itakę w poszukiwaniu Odyseusza. Kolejne sezony w Troi nie były już tak efektowne. "Skarb Priama" trafił potem do berlińskiego Muzeum Królewskiego, w czasie wojny był przechowywany w bunkrze w Tiergartenie, skąd rąbnęli go Rosjanie w 1945. Dziś część zbiorów Schliemanna jest pokazywana w berlińskim Neues Museum, część w Moskwie, w Muzeum Puszkina.

Na czym polegał błąd Schliemanna? Na tym, że jego pasja przekształciła się w obsesję. Pamiętajmy, że do czasów Schliemanna większość naukowców uważała dzieła Homera za takie sobie bajeczki, sytuując je między mitologią a legendą, a opisywanych tam historii nie uważano za mające jakikolwiek związek z rzeczywistością. Gdy niemiecki kupiec zaczął szukać Troi i Priama pukano się w głowie traktując go tak, jakby ktoś wyprawił się na Olimp szukać śladów Zeusa. Okazało się jednak, że Schliemann miał rację: Troja istniała i była tam, gdzie - jak wynikało z opisu w Iliadzie - powinna być. Ale Schliemann, na pewno oszołomiony własnym sukcesem, zapomniał, że jeśliby nawet Homer był wręcz reporterem wojennym pod Troją (a nie był: żył - jeśli w ogóle - w VIII w. p.n.e., czyli w ok. 400 lat po wojnie trojańskiej), to przecież opisywane przezeń wydarzenia są tylko drobnym wycinkiem długiego ciągu historycznych dziejów, że poza Agamemnonem, Priamem, Parysem i Klitajmestrą istniały tysiące osób, działających przez tysiące lat w setkach miejsc. A Schliemann widział tylko bohaterów Homera, inni go nie obchodzili.

Czemu o tym - jak powiedziałem, dość znanym - odkrywcy piszę tak obszernie. Ano, z powodu tego tekstu:

Siedząc owego wieczora w hali hotelowej na Piazza Umberto, rozmyślałem o lesie zakopiańskim, jasno oświeconych oknach, o radosnych okrzykach dzieci na widok drzewka i myślałem sobie, ze tego nie zastąpi ani Santa Lucia, ani przepyszny pióropusz Wezuwiusza, który od czasu do czasu przebłyskiwał czerwono na czarnym niebie.

Takie widzenia z odległości są jak mgły. Przesłaniają światło i czynią człowiekowi dzień smutnym. A gdym tak siedział w owych mgłach, na domiar smutnych wrażeń wniesiono do hotelu umierającego człowieka. Niosło go czterech ludzi, on zaś głowę miał opadłą zupełnie na piersi, zamknięte oczy, ziemistą cerą i zwisłe ręce. Posępna ta grupa przesunęła się tuż koło mnie, po chwili zaś zbliżył się do mego krzesła zarządca hotelu i zapytał:

- Czy panu wiadomo kto jest ten chory?

- Nie.

- To jest wielki Schliemann.

Biedny "wielki Schliemann!" Odkopał Troję i Mikeny, zdobył sobie nieśmiertelność i - umierał".

To pisał Henryk Sienkiewicz z Neapolu, w pierwszym ze swoich Listów z Afryki w 1890 r. Wielki Schliemann nabawił się w ostatnim sezonie wykopaliskowym w Troi infekcji ucha, leczono go operacyjnie w niemieckim Halle, ale przyplątało się zapalenia ucha środkowego, pobyty w szpitalach w Lipsku i Paryżu, tylko pogorszyły ten stan. Chciał zdążyć do Aten, by spędzić prawosławne Boże Narodzenie z rodziną. Nie zdążył. Zmarł 25 grudnia 1890 w Neapolu. Pochowano go w Atenach, a jego rezydencja w stolicy mieści obecnie ateńskie Muzeum Numizmatyczne.

Przechodzimy przez Lwią Bramę, mijając po lewej ruiny niewielkiej wartowni, po prawej - spichlerz i dochodzimy do pozostałości po głównym okręgu cmentarnym, gdzie pochowano zapewne jakichś miejscowych dostojników. Okrąg Grobowy A - jak go nazywają naukowcy - ma blisko 30 metrów średnicy i otoczony jest murem prawie na wysokość człowieka. Tutaj właśnie Schliemann odkrył w 1876 r. kilka szkieletów, a na jednym z nich słynną złotą maskę, którą uznał za grobową maskę Agamemnona, a jej "posiadacza" - konsekwentnie - za samego arcykróla. Dziś wiemy, że sześć grobowców szybowych, w których dokonano tych znalezisk jest starszych o 250-300 lat od czasów wojny trojańskiej, a pochowane tam osoby być może pochodziły z dynastii wywodzącej się od Perseusza. Natomiast nieco po prawej stronie, ale już poza murami cytadeli (na prawo od drogi z parkingu do Lwiej Bramy), znajdują się dwa grobowce kopułowe - tolosy, datowane na XIII w. p.n.e. Jeden nazwano Grobem Klitajmestry, drugi - Grobem Egista. Tu akurat coś może być na rzeczy: zgadzałaby się i data, i architektura - ważne osobistości chowano w grobach kopułowych za czasów panowania Pelopidów, i fakt że tolosy znalazły się poza murami twierdzy: i Kleopatra, i Egist zginęli rzekomo jako ofiary zemsty, jako mordercy Agamemnona, więc wyrzucono ich z cytadeli, ale okazano szacunek ich stanowiskom: oboje królowali w Mykenach...

Wybór miejsca nie był też przypadkowy, bo pochowano ich tuż obok starszego cmentarza. Kilkanaście metrów na zachód od Grobu Klitajmestry znajduje się bowiem odkryty przypadkiem dopiero w połowie XX w. drugi okrąg grobowy, podobny do tego znajdującego się koło Lwiej Bramy i pochodzący mniej więcej z tego samego okresu historycznego, choć jest nieco wcześniejszy. Nazwano go Okręgiem Grobowym B. Ma 28 metrów średnicy, jest otoczony masywnym kamiennym murem o wysokości 1,20 m i zawiera 14 grobów szybowych i 12 niewielkich skrzynkowych. Znaleziono w nim przeszło trzydzieści szkieletów, mężczyzn i kobiet, niektóre pochowane w grupach rodzinnych, część z zachowanym bogatym wyposażeniem. Niektóre groby były wyposażone w stojące stele - najwyższa ma ok. 2 m wysokości. Znaleziono tu liczne okazy biżuterii, ozdobnej broni (część pochowanych osób zginęła w walce, bądź bezpośrednio po niej z powodu odniesionych ran) oraz przepiękną maskę pośmiertną wąsatego mężczyzny wykonaną przez mistrza wysokiej klasy ze stopu srebra i złota. Musiało to być miejsce pochówku jednego z królów z dynastii Perseidów, a dość precyzyjne datowanie wskazuje, że groby w Okręgu B pochodzą z lat 1600-1550 p.n.e. - najpóźniejsze z nich są zatem z tego samego okresu, co najwcześniejsze groby z Okręgu A.

Wspinamy się wolno pod górę, do części świątynno-pałacowej, tylko z daleka oglądając część mieszkalną i usługową. Upał coraz większy, choć im wyżej, tym więcej miłego wiaterku, niestety - od północy nadciągają chmury i obawiam się, że deszcz znów mnie tu dogoni. Ale nie - oglądamy powoli wszystko po kolei i schodząc z ruin głównego megaronu - czyli sali królewskiej dochodzimy do Bramy Północnej. Nie jest tak ozdobna, jak południowa Lwia Brama, ale też imponuje wielkością tworzących ją kamieni. Jest dokładnie wpasowana w "cyklopowy" mur, w którym tylko niektóre kamienie są takie, jakimi ukształtowała je natura - większość wygląda tak, jakby dłuto kamieniarza przystosowało je do zajęcia określonego miejsca w murze.

Wracamy na parking i zjeżdżamy 400 metrów w dół, do położonego niemal tuż przy drodze (mały parking) najbardziej - poza Lwią Bramą - znanego zabytku Myken. My nazywamy ją Grobem Agamemnona, bo tak nauczył nas wieszcz Juliusz Słowacki, który był tu 18 września 1839 r. (a więc krótko po uzyskaniu przez Grecję własnej państwowości) w drodze z Neapolu do Ziemi Świętej. Rok później w Paryżu napisał wiersz Grób Agamemnona, zaczynający się od słów:

Niech fantastycznie lutnia nastrojona,

Wtóruje myśli posępnej i ciemnej —

Bom oto wstąpił w grób Agamemnona.

I siedzę cichy w kopule podziemnej,

Co krwią Atrydów zwalana okrutną.

Serce zasnęło, lecz śni - jak mi smutno!

 

Refleksje poety nie tylko ukazują jego dobrą znajomość mitologii i historii antycznej, lecz także prowadzą jego myśli do cierpiącej podczas rozbiorów ojczyzny. To właśnie w Grobie Agamemnona znalazły się owe porównania Polski do smutnego kraju Ilotów - czyli Trojan, to tam Słowacki pisze o Polsce, więżącej anielską duszę w rubasznym czerepie i o Polsce, która była narodów pawiem i papugą...  I to zdanie, które jest kwintesencją romantyzmu w polskiej poezji: Mówię, bom smutny i sam pełen winy...

No więc wstępujemy w grób Agamemnona. Ale ma drogowskazie jest napis Skarbiec Atreusza, przy czym słowo "skarbiec" wzięte jest w cudzysłów. Na mapach obie nazwy funkcjonują obok siebie... Z pewnością nie jest to żaden skarbiec, tylko typowy tolos - okrągły grób kopułowy, do którego prowadzi długi korytarz - dromos. Takie groby budowano, jak już wiemy, dopiero od czasów Atrydów, ale kto w nim spoczywa - tego nie wiemy, bo grób został zbezczeszczony i obrabowany już w starożytności. Sądząc po wymiarach - musiał to być ktoś o ogromnym znaczeniu. 36-metrowy dromos prowadzi do wejścia o wysokości 5,4 m, przykrytego kamiennym nadprożem o długości 8,3 m, szerokości 5,2 i grubości 1,2 m. Lekko obrobiony kamień waży ok. 120 ton i ma być największą tego typu konstrukcją na świecie. Równie imponujący jest sam tolos. U podstawy ma 14,6 m średnicy, 13.3 m wysokości i przykryty jest kopułą utworzoną przez 33 warstwy obrobionych kamieni, stopniowo zbliżających się do siebie i obsypanych ziemią. Przed budową rzymskiego panteonu była to największa kopułowa budowla na świecie - choć kopuła jest tu w zasadzie pozorna: grobowiec wydrążono we wnętrzu pagórka, następnie jamę obudowano kamieniami, a po ich ułożeniu - zasypano z powrotem. Wnętrze było bogato zdobione, wejście miało dekorację z półkolumn przykrytych architrawem. Część tych dekoracji zniszczyli rabusie, resztę ukradli Anglicy i wywieźli do British Museum, dołożyli (a w zasadzie wprost przeciwnie) jeszcze swoje Niemcy, zabierając kilka elementów do berlińskiego Pergamonu. Nieco niejasne jest przeznaczenie niewielkiego ciemnego pomieszczenia po prawej stronie od wejścia do grobowca: nazywa się go czasem ossuarium i podaje się informację, że przechowywano tu kości z wcześniejszych pochówków. Wcześniejszych od czego? Budowę datuje się na lata 1350-1250, czyli niby na co najmniej pół wieku przed Wojną Trojańską. Ale czy to datowanie jest dokładne? Czy datowanie Wojny jest dokładne?

Bo tak prawdę powiedziawszy, Agamemnon tu by najbardziej pasował. Bzdurą jest powtarzane w angielskiej literaturze twierdzenie, że tolos został nazwany Grobem Agamemnona przez Heinricha Schliemanna: przecież on rzekomo odnalazł szkielet pogromcy Troi i jego maskę pośmiertną w Okręgu Grobowym A, na terenie cytadeli i tym się chwalił nawet w telegramie do greckiego króla! Było to w roku 1876. A nasz Juliusz był tu i opisywał "Grób Agamemnona" 37 lat wcześniej. Może więc pochowano tu ojca Agamemnona - Atreusza? Chronologicznie byłoby to bardziej uzasadnione, a zresztą specjalnie wielkiego wyboru nie mamy. Charakterystyczne jest to, że grób jest i tak wielki - największy na pewno w ówczesnej Europie - i położony z dala od pałacu mykeńskiego. Czyli był miejscem ostatniego spoczynku wielkiego władcy, ale zabitego przez uzurpatorów, którzy chcieli powód swoich wyrzutów sumienia mieć z daleka od siebie. Pasuje tu i Atreusz, zabity przez brata i bratanka, i Agamemnon - zamordowany przez żonę i tegoż bratanka. Jakoś nie widzę możliwości, żeby chowano tu na przykład Tiestesa, który nie wiadomo nawet czy zginął w czasie bitwy o Mykeny, czy tylko został dożywotnio wygnany... Pauzaniasz opisuje zresztą grób Tiestesa w Argos, nie w Mykenach.

Tak więc - rozmyślam we wnętrzu tolosu - albo założyciel dynastii Atrydów, albo jego najsławniejszy syn. Myśli się trochę trudno, bo od czasów Słowackiego sporo wody upłynęło w Alfejosie i popularność Myken znacznie wzrosła co przejawia się tym, że grobowiec jest właściwie ciągle pełen ludzi jak najbardziej żywych i gadatliwych, a świetna akustyka kopuły uwydatnia tę obecność w przykry sposób. Ech, wspominam czas sprzed kilkunastu lat, kiedy urwałem się wycieczce i wparowałem do grobowca Atreusza? Agamemnona? sam jak palec, w ostatniej chwili przed ulewą, przed którą moi towarzysze podróży skryli się gdzieś dalej pod drzewami - i miałem niezapomniane 15 minut samotności z duchami Słowackiego i Atrydów. Teraz deszcz zatrzymał się poza Mykenami, więc tłok.

Wracamy do samochodu i jedziemy w stronę miastecka. Homer czeka z obiadem. Rutynowe where are you from? Och, mój kolega miał sąsiadam którego żona była raz w Polsce, byliście już w Mykenach, a teraz dokąd jedziecie? A, Nemea - to najlepsze wino w Grecji...

Tej strony starożytnej Nemei nie znaliśmy. Tym chętniej jedziemy na północ i zauważamy, że tuż za Mykenami musiało przejść jakieś oberwanie chmury, bo choć szosa szybko wysycha w upale, to na poboczach są kałuże, a niekiedy nawet małe jeziorka. Po 16 kilometrach wjeżdżamy do Nemei. Dziś to spore miasteczko, liczące blisko 4 tysiące mieszkańców - i rzeczywiście pierwsze co się tu rzuca w oczy to winnice, winiarnie i zakłady winiarskie, przeważnie zresztą dość nowoczesne. My jednak podjeżdżamy do starożytnego stadionu, gdzie od VI w. p.n.e. organizowano igrzyska, dość nietypowe, bo rozgrywane co dwa lata - w pierwszym i czwartym roku każdej olimpiady, czyli czteroletniego okresu między igrzyskami w Olimpii. Miejscem zawodów był spory, dość dobrze zachowany do dziś stadion, gdzie rozgrywano konkurencje gimnastyczne, biegi krótko- i długodystansowe, nago i w zbrojach, boks, zapasy, rzut dyskiem i oszczepem, łucznictwo i konkursy muzyczne (gra na kitarze). Wyścigi konne i powozów konnych odbywały się na osobnym hipodromie, który się do dziś nie zachował. Zwycięzcy otrzymywali wieniec z... selera.

Po pokonaniu kasy biletowej (6/3 €) wchodzimy na teren starożytnej Nemei. Mokro. Na wąskiej ścieżce kałuże, których omijanie w pewnym momencie doprowadza do katastrofy - ślizgam się na rozmiękłym błotku i chcąc utrzymać równowagę włażę obiema nogami do ciastowatej glinki o kolorze kupy niemowlęcia. Plamy na białych tenisówkach zostały mi do dziś. Mijamy coś w rodzaju szatni - dziś odkrytej, niegdyś z dachem wspartym na kolumnach - gdzie zawodnicy przygotowywali się do startu, a następnie podziemnym korytarzem przechodzili na stadion. Według informacji przewodnikowej stadion mógł pomieścić nawet 30 tysięcy widzów, w co mi się nie chce wierzyć, ale trudno to zweryfikować, jako że zajmuje on przestrzeń między dwoma pagórkami, i publiczność siedziała na ich zboczach na trawie, w której wycinano niewielkie ziemne tarasy, jedynie sędziowie - tradycyjnie ubrani w czarne długie szaty - oraz notable z pobliskich miast mieli wygodne miejsca w kamiennych ławach. Do stadionu doprowadzona była terakotową rurą bieżąca woda z pobliskiego źródła, by zawodnicy i widzowie mogli zaspokoić pragnienie. Sam stadion, pokryty ową żółtą glinką, był przemyślnie odwadniany i na codzień nie zalewała go woda. Igrzyska nemejskie rozgrywano od -573 r. lub nieco wcześniej, ale legenda uparcie wiąże je z postacią Heraklesa, który zresztą miał założyć Nemeę zaraz po pokonaniu tutejszego lwa.

Renatka usiłuje pokonać biegiem dystans 110 metrów po mokrej stadionowej bieżni, a ja, skrobiąc glinę z niegdyś białych tenisówek myślę jaki mógł być ten lew. Wiadomo, że wielki i groźny. Przybył nie wiadomo skąd (może nawet z Księżyca!) i z miejsca stał się śmiertelnym niebezpieczeństwem dla okolicznych mieszkańców. Przez większą część swojej historii Nemea leżała na pograniczu Argolidy, Koryntii, Arkadii i Lakonii, choć największy wpływ na ten region mieli królowie pobliskich Myken. Kiedy więc nienawiść zazdrosnej Hery rzuciła na Heraklesa szaleństwo, a następnie skazała go na pokutę poprzez służbę u dość podłego króla Eurysteusza - ten, mając do Heraklesa zresztą osobiste anse, bo to właśnie herosowi Zeus obiecał tron mykeński - liczył na to, że wysyłając go do wykonania dwunastu (pierwotnie było ich dziesięć, ale dwie nie zostały uznane, bo Herakles wziął za nie zapłatę) ciężkich prac konkurent gdzieś tam w końcu skręci kark i przestanie zagrażać jego dynastii. Pierwszym z zadań było pokonanie lwa nemejskiego, który był podobno niezniszczalny. Pojawił się w Nemei, w czym maczała ręce Hera, zjadał ludzi w całej okolicy, a król Erysteusz okropnie się go bał. Władca Myken w ogóle bał się wszystkiego co było większe od niego, a chyba wszystko było większe, gdyż legenda opowiada, że gdy przybywał do niego Herakles po wykonaniu każdej pracy - albo rozmawiał z nim przez dworzan, albo chował się w glinianym pitosie i rozmawiał z jego wnętrza. Gdy heros przyniósł do Myken pokonanego dzika erymantejskiego jeszcze żywego - wskoczył do pitosa, przykrył się pokrywą i potem nie bardzo mógł z dzbana wyleźć...

 

<-- Francisco de Zubarán, Walka Heraklesa z lwem nemejskim

 

 

Lew nemejski miał tak twardą skórę, że nie mogły jej przebić ani strzały z łuku, ani ostrze oszczepu, zaś brązowe miecze albo się na nim szczerbiły, albo łamały, a kamienna maczuga rozprysła się na jego czaszce. Ale Herakles już miał doświadczenia w walce ze lwem - bo w Beocji tropił zwierzę i robił wnuki tamtejszemu królowi, więc i na nemejskiego potwora znalazł sposób. Zagonił go do jego legowiska, które znajdowało się w położonej opodal Nemei jaskini i tam go po prostu zadusił. By udowodnić, że praca została wykonana, zaniósł cielsko do Myken, tam rozpruł lwią skórę przy pomocy lwiego pazura, obdarł zwierzę ze skóry i odtąd używał jej jako zbroi.

Zaczyna padać - przechodzimy więc na teren starej Nemei, która tak naprawdę została założona dopiero w IV w. p.n.e., jako miejscowość przy stadionie olimpijskim, choć przez pamięć na mityczną bitwę herosa ze lwem nazywana była niegdyś Iraklionem. Centralnym miejscem są tu ruiny świątyni Zeusa Nemejskiego, wybudowana w latach 340-320 p.n.e. na miejscu istniejącego wcześniej sanktuarium doryckiego. Dziś jest mocno zniszczona na skutek trzęsienia ziemi i w efekcie wojny, jaką na tym terenie stoczono w -394 r. między Spartą i jej achajskimi sojusznikami a koalicją złożoną z Ateńczyków, mieszkańców Beocji, Koryntian i Argiwów. Była to ostatnia zwycięska bitwa Spartan. Dziś w pobliżu świątyni Zeusa prowadzone są wykopaliska - część pod dachem, z czego skwapliwie korzystam, chroniąc się przed deszczem. A w 1994 r. powołano stowarzyszenie na rzecz reaktywacji Igrzysk Nemejskich, które co cztery lata organizuje coś pomiędzy sportem a rekonstrukcją historyczną. Zawodnicy występują w tunikach (powinni występować nago...), ich wiek oscyluje między 10 a 80 lat, obejmuje dwie konkurencje biegowe (100 metrów i 7,5 km), mają też być reaktywowane zawody konne. Występują tylko amatorzy, a nagrodami są wieńce z palmy i selera. Ostatnie igrzyska odbyły się w 2016 r.

Lwa nie reaktywowali, Herakles też jakby się nie pojawia, więc koniec końców jedziemy, omijając szerokim łukiem tutejsze muzeum archeologiczne usytuowane tuż przy wejściu, gdzie prezentowane są drobne efekty wykopalisk, prowadzonych tu w ostatnich latach przeważnie przez Amerykanów. Jeszcze musimy tylko w jakimś sklepie kupić pamiątkę z Nemei.

Tutejsze winnice zdominowane są przez szczep Agiorgitiko, dający całą gamę win czerwonych wytrawnych. Są też produkowane białe i różowe, ale w mniejszych ilościach. Firma Gaia kusi mnie winem Nōtios, w którym szczep Agiorgitiko połączony jest z moim ulubionym Syriahem. Cena nie najmniejsza - 11 €. Smak - jak potem się okaże - dobry, ale nie rzuca na kolana. Nemea Reserve kosztuje trochę ponad 5 €, więcej nie kupię. Już w Polsce (tak, tak - "Biedra" to sprowadza) kupiłem eksportową "Nemeę" - nie najgorsza, za 16 złotych bez grosza. Ale w sumie to nie jest ten lew, z którym zmierzyłby się Herkules.

Przed nami ostatni dziś cel - miasto stołeczne Argos. Jedziemy 20 km na południe, w kierunku morza, nie dojeżdżając jednak do Zatoki Argolidzkiej: stolica regionu leży 5 km od wybrzeża, chroniona przed atakami piratów i rzekomo bezpieczna na wyniesionym na 200 m wzgórzu, z którego rozciąga się widok na niemal całą Argolidę. Obsługujący ją port jest jeszcze dalej - w położonym o 11 km na południowy wschód Napflio. Dziś Argos to spore, powiatowe miasto o przeszło dwudziestotysięcznej populacji, dość nowoczesne w zabudowie - choć jest jednym z najstarszych miast Europy, zamieszkałym bez przerwy od 7 tysięcy lat. Jest zresztą inicjatorem założenia w ramach struktur Unii Europejskiej Sieci Najstarszych Miast Europejskich, do której poza nim należą jeszcze francuskie Béziers, hiszpański Kadyks, angielski Colchester, irlandzki Cork, portugalska Évora, holenderskie Maastricht, duńskie Rosklide, belgijski Tongeren i niemiecki Worms. Nazywano go także Argiw - a miano Argiwów nadawał Homer wszystkim Grekom, uczestniczącym w Wojnie Trojańskiej, przemiennie z mianem Achajów. Nazwę miasta wywodzono od określenia argos, w języku Pelazgów, czyli pierwotnych, przedgreckich mieszkańców Tesalii i Peloponezu określającego teren płaski, równinę. Założyć je miał Foroneus, syn boga rzeki Inachosa i jego siostry, o imieniu Argia. Od imienia matki wzięła nazwę pierwsza miejscowość, założona przez pierwszego człowieka na ziemi, którym miał właśnie być

 

<-- Foroneus.

 

To on miał nauczyć swoich potomków ludzkiej mowy, uprawy ziemi, stosowania ognia. Stał się też pierwszym królem całego Peloponezu, a stolicą było właśnie Argos. Jego synami byli przyszli królowie Argolidy, Pelazgowie z Larissy w Tesalii i Achajowie z północnego Peloponezu. Tu w Argos przyszedł na świat Perseusz, syn Zeusa i Danae. Jednym z najlepiej opisanych przez Homera królów Argos był Diomedes, syn Tydeusza - najdzielniejszy obok Achillesa wojownik spod Troi, podobno bliski przyjaciel Pięknej Heleny i wojenny kochanek Odyseusza. Przeżył wojnę, zdobył liczne trofea, ale gdy wrócił do Argos - okazało się, że tam już nie ma dla niego miejsca: jego żona wraz z kochankiem objęła tron. Tym razem skończyło się bez krwawej łaźni - Diomedes, czczony jako heros. został pokonany i wygnany do Koryntu. Tułał się potem po Grecji, wreszcie uciekł do Italii i zmarł we włoskiej Apulii.

Diomedes -->

 

Potęgę Argos złamała ostatecznie inwazja Dorów ok. -1100 r., po której tereny Argolidy zostały rozdzielone między sąsiadów. Swoją potęgę Argos odbudowało kilka wieków później, zagrażając nawet Sparcie. Miasto znów urosło w potęgę, choć jedynie lokalną. Jednak w V w. p.n.e. czasie wojen Lakonii z Atenami Argolida pozostała neutralna, choć formalnie była związana sojuszem z Attyką.  Swoje ślady widoczne do dziś pozostawili tu Rzymianie, Bizantyjczycy, Krzyżowcy i Wenecjanie, aż wreszcie na długie stulecia zapanowali tu Otomańscy Turcy. Po odzyskaniu przez Grecję niepodległości, jak wiadomo, stolica znalazła się w pobliskim Nafplio, ale już wkrótce okazało się to dość niedogodne i politycy myśleli o przesunięciu administracji państwowej do Argos, z uwagi na jego bezpieczne położenie i długą stołeczną tradycję. Jak wiadomo, wybrano trzecią kandydaturę - Ateny. Najciekawsze zabytki Argos to dobrze zachowany rzymski teatr z III w. p.n.e. z widownią na 20.000 miejsc, zbudowany w miejscu dawnego teatru greckiego, sąsiadującego ze starą agorą z VI w. p.n.e. Najbardziej monumentalną budowlą jest górujący wysoko nad miastem zamek, położony na wzgórzu Larissa. Tam właśnie się kierujemy.  Wzniesienie na prawie 300 m n.p.m. dające doskonały wgląd na to, co działo się w całej Argolidzie i na pobliskim morzu już Mykeńczyków skłoniło do wybudowania tu fortecy w XIII w., a jej ruiny do dziś są tu widoczne. Część z nich wykorzystano przy budowie murów obronnych będącego teraz perłą Argos średniowiecznego zamku. Mury wzmacniają dodatkowo potężne wieże i blanki. W ich obrębie znajduje się maleńki, wzruszający kościółek Marii Panny z roku 1174. Pozostałe zabudowania pochodzą z XV i XVII w. Zamek nie miał własnego ujęcia wody, więc gromadzono deszczówkę w dwóch wielkich cysternach. Długi dzień ma się ku końcowi. Po deszczu już nie ma śladu, a nad górami Argolidy pokazuje się tęcza. Wracamy na ostatni nocleg do Tolo. 

 

 

Dalej