Maciej Pinkwart

Duża porcja Grecji

 

Odcinek pierwszy

 

Przy pakowaniu walizek

W Grecji byłem pierwszy raz w 2000 r. Nie podobało mi się. Po fascynacjach renesansową Italią Grecja wydawała mi się pusta, dzika, pełna pasterzy i kóz, oraz zwalonych na kupę kamieni, które udawały zabytki. Wycieczka była standardowa: autokarem do włoskiego Bari, promem do Igumenitsy i potem przez Epir i Tesalię, ze zwiedzaniem Meteorów i Kalambaki, potem Riwiera Olimpijska, Dion, Olimp (tak do połowy), Termopile, Teby, Ateny, Delfy, Pireus, Korynt, Epidauros, Mykeny, Tolo, Patras – skąd promem do Ankony, gdzie chciałem ucałować włoską ziemię po tygodniu bycia na „obczyźnie”. Nic nie wiedziałem o tym, że po latach Grecja – obok Paryża – stanie się moją „drugą ojczyzną”. Od 2007 r. zacząłem jeździć na wyspy, niektóre odwiedzając po kilka razy. To przede wszystkim Rodos i Kreta, ale także Korfu i Zakintos. Teraz mieliśmy wrócić do Grecji kontynentalnej. Choć nie całkiem: większa część prawie trzytygodniowej wyprawy była poświęcona Peloponezowi. A ten, od przekopania Kanału Korynckiego w 1893 r. jest praktycznie wielką wyspą…

Organizacja. Jak zawsze od 2007 r. spoczywała w rękach Renaty. Wszystko było załatwiane przez Internet, z pomocą greckiej przyjaciółki, która była doskonałym informatorem co do – na przykład – jakości i rodzajów plaż w poszczególnych bardziej znanych miejscowościach. Tym razem lecieliśmy samolotem do Aten i przelot Renata załatwiała już co najmniej od lutego, dzięki czemu udało się kupić bilety w stosunkowo niskiej cenie. Doskonała linia Aegean Airlines przewiozła nas z Krakowa do Aten w ciągu ok. 2 godzin. W cenie biletu był w jedną stronę lunch, w drugą – śniadanie. Oraz kawa, herbata, cola, czy inne niedobre napoje oraz wino w małych buteleczkach. Niezgorsze. Hotele zamawiane przez booking – bez kłopotów, lepsze i gorsze, w większości bardzo dobre, w jednym tylko przypadku oferta i rzeczywistość nieco się rozeszły, ale niewiele. Dla mojej wygody – także przez Internet – Renata załatwiła samochodowy transfer z lotniska do hotelu w Atenach, polskiego kierowcę, który w Atenach dowoził nas do poszczególnych obiektów historycznych i wynajęty samochód, tym razem sporą i wygodą astrę. Wszystko zagrało, wszędzie trafiliśmy, nawet niekiedy można było odpocząć 😊.

Komunikacja i drogi. W Atenach od środków komunikacyjnych turyści mają embarras de richesse: jest metro, autobusy, tramwaje i egzotyczne już u nas trolejbusy. No i mnóstwo taksówek, które tu są – jak w Nowym Jorku – pomalowane na żółto. Taksówki to jedyny ryzykowny sposób podróżowania – nowicjuszy taksówkarze prawie zawsze starają się naciągnąć na dodatkową opłatę (np. wskazanie taksometru razy liczba osób w samochodzie…). Ponieważ Ateny są wielkim i bardzo zatłoczonym miastem, gdzie korki są w zasadzie wszędzie – najlepszą opcją jest metro. Ma trzy linie, kosztuje 1,40 € bilet normalny, dla seniorów – 0,70. Bilety na inne środki komunikacyjne są tańsze (1,2 €). Można kupić też bilety całodobowe (3 €) lub tygodniowe (10 €). Drogi wszędzie są dość nowe, w większości wybudowane za środki unijne w ostatnich latach. Większe miejscowości łączy niezbyt gęsta, ale wystarczająca sieć autostrad i dróg szybkiego ruchu, w terenie także jest dużo nowych dróg, ale już znacznie węższych. Chcąc zwiedzić mniej znane miejsca trzeba liczyć się także z koniecznością jazdy po drogach szutrowych. Największy kłopot sprawia przejeżdżanie przez centra wsi i miasteczek, które na ogół nie mają obwodnic, za to ulice pochodzą tam z czasów, kiedy mijanie się dwóch osłów zdarzało się rzadko. Dodajmy do tego, że Grecy na prowincji parkują tam, gdzie im akurat wygodnie, zdarza się że niemal na środku drogi – zostawiają samochód na światłach awaryjnych i idą do kafenionu… W terenie jeżdżą szybko i niezbyt przejmują się przepisami, trzeba więc bardzo uważać, zwłaszcza na częstych tu serpentynach. Większość autostrad jest płatnych, ale ceny są zwykle niższe niż w Polsce (1,2 – 2,85 € za odcinek). Kuriozalnie droga jest opłata za przejazd nowoczesnym mostem w Patras, wybudowanym nad cieśniną, łączącą Zatokę Patraską z Zatoką Koryncką: za przyjemność pokonania wybudowanego w 2004 r. Mostu Rio-Andirio płaci się 13,30 €, albo – jeśli chcemy wrócić ni później niż po 3 godzinach (w weekendy - po 10) – 13,60. Drogie są też promy, łączące Peloponez z pobliskimi wyspami: osobno płaci się za samochód, osobno za kierowcę i każdego z pasażerów. Półgodzinny przejazd z Punto do Elafonissos kosztuje 10,5 € za auto i po 1 € za człowieka. Spędzenie godziny i 15 minut na promie z Neapoli do Diakofti na Cyterze to koszt 44,5 € za samochód i 12,50 za osobę.

Jedzenie, picie i ceny tegoż. W restauracjach drożej, w tawernach taniej, w dużych miastach drożej, w wioskach taniej. Ale różnice w cenach nie przekraczają jednego, góra dwóch euro na daniu. Co jeść? Naturalnie, potrawy miejscowe są zwykle najlepsze. Na przystawkę braliśmy zwykle tzatziki lub Greek Salad, parę razy coś innego – jak np. sałatka z owocami morza czy z kawałkami mięsa, ale to było nie najlepsze. Zup nie jadaliśmy. Dania główne Renatki to były głównie smażone kalmary lub ośmiornice – niestety, na kontynencie prawie zawsze mrożone, o czym lojalnie zapowiadają w kartach. Przypominało to nam Rodos, Kretę czy Zakintos, gdzie można było podejść do suszącej się koło tawerny, złowionej tego dnia w nocy ośmiornicy i pokazać które ramię sobie życzymy skonsumować… Ja raczej tego nie jadam, bo mi się to wydaje dość bezsmakowe, ale jak dobrze przyprawię – to zjem z przyjemnością. I ze śmiechem, bo dla prowincjuszy polskich owe „ośmiorniczki” są zdaje się nadaj symbolem luksusu, jak homar czy kawior. A calamari czy octopusses to jedne z najtańszych dań w karcie greckiej tawerny (8-10 €). Z morskich przyjemności jadaliśmy jeszcze smażone sardynki (dużo większe niż te nasze, na jedno danie wchodziły cztery, każda przynajmniej 12 centymetrowej długości), makaron z krewetkami, no i przebój Morza Śródziemnego – miecznik, czyli sword-fish. To już zwykle kosztuje sporo (12-15 €), ale rybka jest warta tej ceny: zwykle plasterek półtora cm grubości i zajmuje większą część talerza, a smakuje jak dobrze zrobiona polędwica. Nie udało mi się, niestety, zjeść mątwy we własnym atramencie – łowią tego mało i jest pyszne podobno, więc szybko wychodzi. 12 €. Poza tym, oczywiście – musaka, czyli zapiekanka z bakłażanem, pomidorami, ryżem, mielonym mięsem i serem, 8-10 €, różne wielkości, można się najeść, jak duża, dolmadesy – gołąbki zawijane w liściach winogron, o różnych wielkościach i różnych smakach w różnych miejscach, 7-8 €. Są też naturalnie suflaki, czyli szaszłyki (wtedy nazywają się kalamakia, bo mogą jeszcze występować w wersji gyros) z wieprzowiny lub – lepsze – z kurczaka. No i parę razy te chicken souvlaki zamawiałem, zresztą jestem strasznym tradycjonalistą i tych kurczaków się trzymałem w różnych wersjach, ale parę razy poszedłem w kuchnię włoską: pasta bolognese czy z jakimiś innymi dodatkami, raz dostałem pyszną pizzę, której nie zdołałam całej zjeść.

Co do napojów, to oczywiście bywała na stole przede wszystkim frappe, czyli kawa rozpuszczalna na zimno, rzadziej (i, o dziwo, nie wszędzie dostępna) greek coffee, bardzo mocna, gotowana w specjalnych tygielkach. Herbatę robiliśmy sobie sami, ale rzadko. Raz o mało się nie skusiłem na malotirę - herbatę górską, ale to nie to samo co Państwo sobie pomyśleli: to herbata ziołowa o bardzo intensywnym zapachu, doskonała na przeziębienia i rozgrzewająca, oczywiście bez alkoholu. Renatka delektowała się lubianą przez siebie lemonadą. Był naturalnie mythos, czyli najpopularniejsze jasne piwo – który smakuje najlepiej w środku gorącego dnia, podawany z oszronionym kufelkiem, wyjętym wprost z restauracyjnej zamrażarki. To piwo produkowane jest rzeczywiście w Grecji, ale przez firmę Heineken… Ceny różne, w zależności od miejsca i wielkości butelki. Za półlitrową płaciliśmy od 2 do nawet 4,5 €. Najdroższe piwo, jakie piłem (ale bardzo smaczne) to fix, za który w Nafpaktos zapłaciłem 7 €. Po paru dniach z Mythosa warto przerzucić się na Amstela – w końcu, z Holandii do Grecji jest blisko, zwłaszcza w Unii Europejskiej. Piwo trochę tańsze od Mythosa i co ciekawe, preferowane przez Greków)… Wina warto pijać miejscowe, są dość dobre, o zróżnicowanych smakach i cenach od 4 do 12 €, przy czym stosunek ceny do smaku ma się nijak. Eksperymentowaliśmy też z lokalnymi trunkami, sprzedawanymi w plasticzkach - tylko raz się zawiedliśmy i plasticzek po spróbowaniu trzeba było opróżnić do zlewu. Z mocniejszych alkoholi na stole pojawiała się wieczorami metaxa, w dzień czasem anyżowe ouzo. Ceny niższe niż w Polsce. Ciekawe, że tym razem obeszło się bez raki, którą na wyspach podawali w restauracjach w charakterze prezentu po kolacji. Teraz dawali owoce – kawałeczki arbuzów, melonów, pomarańczy i jabłek. A co do pomarańcz: nigdzie nie widziałem tylu sadów pomarańczowych co na Peloponezie – i nigdzie tak drogo nie płaciliśmy za fresh orange juice – za szklankę, niekiedy wcale niedużą, wyciskanego soku trzeba było nieraz dać ponad 4 euro!

Inne ceny. Nie mając własnego zabezpieczenia, trudno będzie wytrzymać na plaży bez zakupienia miejsca i parasolki. Zestaw two beds and umbrella kosztuje od 6 do 10 € za dzień. Drogie są muzea, czasem nawet trzeba płacić za wstęp na wykopaliska i do tzw. archeological sites. Kosztuje to od 1 do 12 €. Bilet wstępu na Akropol to 20 €, ale można kupić karnet na siedem obiektów (Akropol, Agora Rzymska i Ateńska, Biblioteka Hadriana, Kerameikos, Zbocza Akropolu - Odeon Herodesa, Teatr Dionizosa, Świątynia Zeusa Olimpijskiego) za 30 €. Ulgowy kosztuje połowę z tego (dla seniorów powyżej 65 lat). Żeby nie płacić, trzeba być dzieckiem lub młodzieżą do 18 roku życia, studentem w krajach Unii lub dziennikarzem z ważną legitymacją (najlepiej działa legitymacja Międzynarodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy). Pamiątki od 5 €, koszulki, ręczniki 10 €, książki – przewodniki 8-15 €, ale jest sporo darmowych map i dobrych folderów.

Nawigacje. Warto mieć, ale trzeba pamiętać, że w zatłoczonych Atenach możemy się i tak pogubić, a niektóre telefoniczne aplikacje nie nadążają za greckimi inwestycjami i nie widzą nowowybudowanych dróg. Na wyspach miewaliśmy i takie sytuacje, że tam, gdzie jedna apka mówiła za 300 metrów skręć w lewo, druga wołała za 300 metrów skręć w prawo. Warto w takich sytuacjach mieć zwykłą, papierową mapę. Choć i ona musi być aktualna, o co niełatwo w Polsce. No i pamiętajmy, żeby włączając nawigację nie wyłączać rozumu i inteligencji, a także zdrowego rozsądku. Nie mówię już o tym, że warto patrzeć na znaki i drogowskazy. A propos – warto znać alfabet grecki, bo niekiedy, zwłaszcza na prowincji i poza popularnymi ośrodkami turystycznymi i historycznymi – na drogowskazach nie ma transkrypcji łacińskiej nazw. Autostrady oznaczone są – tak jak w innych krajach Unii, z wyjątkiem Polski – kolorem zielonym.

Pogoda. Ta, jak wiadomo, jest zawsze, a w Grecji zazwyczaj pogoda jest dobra. Czerwiec jest znakomity, bo jest jeszcze bardzo zielono i nie najbardziej gorąco: w dzień od 25 do 34 stopni (w cieniu, oczywiście), nocą temperatura spada niewiele, zwykle utrzymując się sporo ponad 20-tą kreską, Choć jak jechaliśmy o 4 w nocy na lotnisko pod Atenami było 28 stopni. Nie ma oczywiście gwarancji, że nie będzie deszczu - mieliśmy kilkakrotnie nad głowami porządne ulewy, choć zwykle mają one charakter lokalny - w jednej miejscowości leje jak z cebra, a 10 km dalej jest zupełnie sucho. Zdarzają się też efektowne burze, zwykle popołudniami. Wiatr jest niekiedy błogosławieństwem - prawie zawsze wieje nad morzem i na wyżynach, gdzie zwiedzaliśmy świątynie i zamki. Ale są też ciasne zatoczki z pięknymi plażami, gdzie nie dochodzą nawet lekkie powiewy - wtedy jest trudno wytrzymać nawet pod umbrellą.

Życzliwość. Wyjściowo, prawie każdy napotkany Grek okazywał nam życzliwość, daleko wybiegającą ponad polskie standardy. Gdy wsiedliśmy do taksówki koło lotniska, najpierw dostaliśmy po butelce wody mineralnej, na pożegnanie zaś mapę Aten, oraz osobiste rekomendacje do najlepszych restauracji. Recepcjoniści w hotelach pomagali nam wnosić i znosić bagaże, kasjerka w metrze z własnej inicjatywy zaproponowała ulgowy bilet dla staruszka, czyli mnie, wszędzie chętnie udzielano wszelkich informacji – choć nie  wszędzie znajomość angielskiego na to pozwalała. A propos staruszków – starzy ludzie cieszą się tu poważaniem i sympatią, traktuje się ich tak, jakby byli mądrzejsi i ważniejsi od innych, co jest dobrą zmianą w stosunku do czasów antycznych, kiedy starcy bywali uciążliwym brzemieniem na karku rodzin, a niekiedy całych polis. Platon w swej wizji państwa idealnego widział na czele władzy coś w rodzaju rady starców, ale już Arystoteles to zdecydowanie negował, pisząc, że starzy ludzie są egoistami, bywają podejrzliwi, nieżyczliwi, oziębli i kierują się wyrachowaniem, a nie wartościami etycznymi.

Przy okazji prostuję popularny i błędnie zresztą rozpowszechniany mit o tym, że w Sparcie uciążliwych starców zrzucano ze Skały Tarpejskiej. Po pierwsze, Skała Tarpejska jest nie w Sparcie, tylko na rzymskim Kapitolu, a strącano z niej osoby skazane za krzywoprzysięstwo i – uwaga! – cudzołóstwo, także niewolników przyłapanych na kradzieży. W Sparcie – dokładnie 14 km od miejscowości Sparta w Lakonii i 24 km od Kalamaty w Messenii znajdują się zaś góry Tajget, a w nich – wg legendy zapisanej przez Plutarcha w I/II w. n.e. – Skała Tajgejska, koło urwiska Apothetai, gdzie trafiali jednak nie zbyteczni starcy tylko noworodki z wadami genetycznymi: Gdy rodziło się dziecko, ojciec brał je i zanosił na miejsce spotkań, gdzie zasiadali najstarsi spośród członków tej samej fyli. Oni to badali noworodka. Jeśli miał prawidłową budowę i był silny, nakazywali go żywić. Jeśli niemowlę miało wadliwą budowę, odsyłali je na miejsce zwane Apothetai, będące urwiskiem w górach Tajgetu. Sądzili bowiem, że lepiej było dla niego samego i dla polis, aby nie żyło to, co od samego początku nie miało zdrowia i siły.

Brzmi rozsądnie, ale i to nieprawda: badania archeologiczne prowadzone 10 lat temu w okolicach Skały Tajpejskiej, nie wykryły tam żadnych dziecięcych kości, a jedynie szczątki kilkudziesięciu dorosłych mężczyzn, pewno skazanych za przestępstwa. Inna rzecz, że szkieleciki noworodków mogły się nie zachować…

Tak czy inaczej, nie zrzucano tam starców, więc do Sparty i Messenii, z przejazdem przez Tajget, nie miałem problemu. Uznałem, że w Grecji otaczają starców życzliwością – i tego się będziemy trzymać.

 

 

 

Dalej